Słowa (wym. słowa, łać. verba, kasz. słowa), rzeczownik, rodzaj nijaki. Odmiana liczby mnogiej przez przypadki: „Tu są dobre słowa, nigdzie nie znajdziesz lepszych słów. Przyjrzyj się tym słowom, gdyż warto słowa te poznać. Dobrze się zaprzyjaźnić z tymi słowami, a najlepiej się w tych słowach zakochać i całymi dniami powtarzać: o, słowa!”

Słowa dzielimy na szczerbate, toaletoweuczesane. Słowa szczerbate opowiadają o życiu, które czasem bywa ciekawsze od fikcji. Słowa toaletowe są jak kobieta wysypująca zawartość torebki w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu — nie zdąży odebrać, ale za to zawsze coś znajdzie i zgubi. W końcu słowa uczesane przeznaczone są głównie dla fryzjerów, więc najlepiej ich nie czytać. Można się w tym czasie przespać, a snu nigdy dość.

Z pamiętnika słomianego wdowca

Trzecią półkę lodówki, dotąd nigdy nieodwiedzaną, Słomiany postanowił zaatakować o świcie. To miejsce intymne, zamieszkałe przez pory, rzodkiewkę i inne przysmaki kobiet. Niestety tam także zionęła pustka. Na dnie wysuwanej szafki tropiciel znalazł suchara. Łup został zjedzony natychmiast po tym, jak uległ odrobinie letniej herbaty z kolejnego już dziś parzenia. Próba starcia z suszoną papryczką chili zakończyła się niepowodzeniem, wpędzając złaknionego bohatera w depresję. Sytuacja stała się krytyczna. Słomiany postanowił: trzeba iść do sklepu.

„Aaaaa...”— po łazience rozbiegł się niewyraźny jęk, gdy Słomiany zalał swój spalony żelazkiem palec lewej ręki cieczą o nazwie obiecującej otuchę: hydroxide. Prawą dłoń bowiem miał zawiniętą w skarpetę po tym, gdy wcześniej próbował ukroić sobie kromkę nieco już czerstwego chleba w czasie, gdy go jeszcze posiadał.

Patrzył na niego od kilku minut. Ziemniak, nieco brudny, nieokreślonego kształtu, nagryziony, leżał na środku stołu. Słomiany wiedział, że służy do jedzenia, ale jego smak w niczym nie przypominał tego, co znał z przeszłości. Próbował sobie przypomnieć co ona z nim robiła, lecz w głowie miał tylko ciemność.

Od czasu, gdy skończył się szampon, mydło malało w zastraszającym tempie. Ręcznik został wyeliminowany jeszcze podczas pierwszej walki z krwotokiem będącym następstwem pobytu w kuchni. Lecz najgorsze dopiero miało nadejść: od dłuższej chwili Słomiany, siedząc w bezruchu, wpatrywał się z przerażeniem w zupełnie nagą rolkę...

Słomiany ujął w dłonie swą posiniaczoną twarz. Wiedział, że to już koniec. Każdy kiedyś odchodzi, ale dlaczego musiało to się wydarzyć akurat teraz? Choć do końca nie było w tym jego winy, czuł się mordercą. Zbrodniarzem. Wynaturzonym barbarzyńcą, który skazał biedne stworzenie na powolną śmierć z pragnienia. Z doniczki wystawały już tylko zeschłe gałązki.

Powinno wystarczyć — mamrotał do siebie cicho przeszukując kieszenie ostatnich już spodni. Chwilę później, zasypiając w osobliwym śmietniku wydarzeń najdłuższego tygodnia swego życia, Słomiany zastanawiał się czy kromki chleba kupuje się na sztuki, kilogramy, czy litry...

Wycieczka do zoo

Na początku, niczym burza, nie z daleka, jak to bywa, gdy nieba kolor w pół miejskiego gołębia przypomina albo chodniki kładzione lata temu, w czas przedwiośnia, a w pół ogniem pali jeszcze, nadzieję wyrywając na żywiołu niechęć; to grzmot głuchy, przerażający z niepoznania, ze spodu samego, czymkolwiek ów spód jest. Każdy przysiągłby, że słyszy walkę, chrzęst materii pękającej leniwie ku zgubie, pragnącej ofiar ze sobą porwać na ołtarze zniszczenia, byle więcej!

Paraliż nastąpił nagle, instynkt przetrwania odebrał świadomość i najmocniejszym. Jak łąka smagana wiatrem, osierocona przez kosiarza, dziesiątki rąk zatańczyły bezładnie w szumiąc ślepym rytmie, by złamać się w łokciach, odtąd żyjąc własnym, okrutnym żywiołem celu.

Czas rzezi i walki bez miłosierdzia, bez planu, byle szybciej, byle mocniej, byle bardziej! Do mdłości, do bólu, do krwi!!!

Kierowca autobusu numer sto trzydzieści cztery otworzył drzwi. Dojechaliśmy.

Komentarze gospodarcze

GPW

Mgła gęstniała. Od dwóch godzin Gorąca Paskuda Wieczorna snuła się między swymi latarniami. Dokładnie piętnaście kroków. I z powrotem. Kosz dymił lekko, znowu ktoś nie dogasił peta...
Trzech dotąd pytało. Odchodzili.
43 zł za GPW to nadal drogo?

Rynek finansowy

Zapach dawno niepranego koca koił. Każda pacyna łóżka przywoływała minioną beztroskę. Tu kończył się dzień, nowe poznania, pragnienia...
Został mu tylko tydzień. Albo mniej. Rynek finansowy nie ma złudzeń, tamte czasy nie powrócą...

Branża budowlana

Wciąż dygotała. Niewygodny fotel. Obite imitacją skóry drzwi odpychały.
Przyszła za wcześnie. Każdy tak robił. Jedno z nielicznym miejsc, gdzie nikt się nie spóźnia. I gapi się potem w plastikową paprotkę... No przecież tu nie ma okna, musi być plastikowa.

— Dzień dobry, pani pierwszy raz do psychologa?
— T... tak, zdecydowałam się.
— Bardzo dobrze, baaardzo dobrze. Pani... Branża, przepraszam...
— Budowlana. Wróciłam do starego nazwiska...

Zapomniana książeczka

Umówieni byliśmy około. To nawet dobrze, bo w księgarni, a w takich miejscach spóźnianie jest mi wręcz miłe. Zacząłem muskać okładki bez celu i nagle mój PSRR (Pokładowy System Rozpoznawania Rzeczy) uruchomił Dyrektywę Specjalną „S”, zwaną Dyrektywą Sentymentalną.

Doprawdy nikt nie jest w stanie opisać owego obrazu wyrytego w każdym czterdziestolatku. Jeśli miałbym określić tę okładkę zwięźle, użyłbym słowa: sen. Tylko litery tworzyły coś, co da się wyrazić językiem ludzkim; jedno zdanie: „Poczytaj mi mamo”.

Otwarłem gdzieś w środku. PSRR natychmiast wygenerował kolejną serię dyrektyw „S—S” oraz przygotował mózg do PA (pracy archiwalnej). Zrobiło mi się miło wiedząc, że za chwilę zaleje mnie fala endorfin towarzysząca PA, a po chwili źródłem radości stała się sama fala.

Najpierw zadziałały obrazy. Natychmiast powołały do życia kolejne obrazy i kolejne. I emocje, i dźwięki, i zapachy. I pogodę za oknem, i samo okno, i widok z okna, z ósmego piętra. A każdy obraz otwierał setki innych, które przez trzydzieści pięć lat spoczywały w sarkofagu gdzieś tam daleko za oczyma.

Zacząłem czytać. Dziesiątki razy szybciej, nie litera po literze, lecz wiersz z wierszem. Godzinę zamieniłem w minutę. Po sześćdziesięciu sekundach było już po wszystkim.

Wir obrazów zwolnił i opadł. Wyprawa w przeszłość uzupełniła zbiory PA. Mgła skojarzeń przerzedziła się. Pojawiły się rzeczy współczesne: psychologia, socjologia, ekonomia, filozofia, statystyka. W chwilę napisały posłowie do nieco infantylnego opowiadania o dziewczynce, która chciała mieć przyjaciela. Z bajek już wyrośliśmy.

Powrót

Najpierw się zatrzymał, ale nie jakoś zwyczajnie. Jak zatrzymuje się ten, kto wie, że już nigdy. Zaniepokoiło mnie to. Spojrzałem na innych. Oddani troskom, radościom, temu, co każdy z nas dźwiga w zwyczajny wtorek.

Minęła chwila. Nieco dłuższa niż zwykle. O tę długość, która każe odwrócić wzrok od telefonu, książki, tępego zapatrzenia przed siebie.

Nagle pociemniało. Niepokój obudził nielicznych jeszcze, zastygłych w niebycie. Zaczęły padać słowa słyszane nieczęsto. Trudne pytania. Wyostrzony brakiem światła słuch wydobył lęk z oddechów, nierównych, zszarpanych. Zimno. Z początku chłód tylko. Niedostrzegalny obłok pary gęstniał. Drżenie, któremu ulegli najsłabsi, z czasem udzieliło się większości. Ochrypłe głosy poczęły cichnąć. Tylko ciężki, świszczący współoddech znaczył, że czas wciąż trwa. Lecz nadzieja gaśnie...

Stoimy pod Myszkowem. Pociąg się zepsuł.

Google Street View

Najpiękniejsze były lilie, metrowe i wyższe, białe, nakrapiane wszystkimi odcieniami fioletów, róży i lilii właśnie. Choć róże — kwiaty, zawłaszczające sobie znacznie więcej barw, urokiem im nie ustępowały. Goździki kamienne, aksamitki, nie wiedzieć czemu zwane śmierdziuszkami, czy nawet rumianek ogrodowy; wszystkie dzieliły kilkanaście metrów dziadkowego ogródka. Nad nimi czuwała wiśnia, a i paprotek kilka znalazło sobie miejsce w cieniu. Ten kwieci pokój co roku odradzał się, bowiem ziemię dostawał przesianą, a wody nigdy w niej nie brakowało.

Sarkofag z polbruku okrył ogród koślawymi łuskami. Miejsca wystarczyło na trzy samochody. Drewniany płot zastąpił arkusz blachy falistej, naznaczony przez człowieka z silnym instynktem terytorialnym. Dwie cegły leżą od dawna czekając na swój dom. Ścianę, po której wił się powój, ozdabiają tablice: o możliwości wykopania dziury tanio i o atrakcyjnej odzieży, także niedrogiej. Tylko trawa marna, niepokornie próbuje przypomnieć o przeszłości, negocjując z polbrukiem podnajęcie szpar ziemi niczyjej.

Dziękuję ci, Google Street View, za refleksję o przemijaniu.

A z człowiekiem to było tak

Była deszczowa niedziela i mały bóg bardzo się nudził. Zdenerwowani rodzice wymyślali kolejne zajęcia, ale ani rysowanie, ani oglądanie bajek nie pozwoliło dłużej skupić się dziecku. W końcu bóg ojciec zaproponował synowi, by ten skleił sobie model samolotu albo okrętu, gdyż była to jego ulubiona zabawa i zwykle pochłaniała mu długie godziny. Niestety wszystkie modele zostały sklejone, a sklep, w którym można było dostać takie zabawki, w niedzielę był zamknięty. W końcu matka boża rzekła:

— A może byś sobie pomajsterkował?
— Ale co miałbym robić?
— Wymyśl sobie coś. Patrz, tatuś kupił ci tyle narzędzi...

I usiadł mały bóg przy swoim biurku, otworzył skrzynkę z narzędziami i zaczął tworzyć. A ponieważ deszcz wciąż padał, wciągnęła go ta praca i tworzył rzecz coraz bardziej skomplikowaną. A im bardziej tworzył, tym bardziej go to cieszyło. Aż zrobił się wieczór i matka boża zawołała syna na kolację. A potem mały pooglądał jeszcze telewizję i w końcu zasnął. A mama, jak zwykle, postanowiła ogarnąć pokój dziecka. Patrzy — a tu człowiek. Nie był jeszcze skończony, ale już mógł żyć, tworzyć, być szczęśliwy...

— Patrz co nasze dziecko zrobiło!
— Piękne! Ależ mamy zdolnego synka.
— Szkoda tego tak zostawiać. Wiesz, pomożesz mu jutro to skończyć.
— Koniecznie, to będzie piękna rzecz.

Ale następnego dnia nie było czasu. Dziecko odłożyło człowieka na półkę. A przed świętami było duże sprzątanie i człowiek trafił na strych. Nigdy nie został skończony.

Niedziela pod Halą Targową

Dokładnie nie jestem w stanie określić, zresztą byłoby to trudne ze względu na nieregularność i złożoną polifonię. Ale spróbujmy tak na oko: wędrując między kramikami przez czterdzieści minut słyszałem to mniej więcej co trzy sekundy. Padło zatem osiemset razy. Któż dałby radę zliczyć?

A działo się to dziś, na giełdzie staroci pod krakowską Halą Targową, choć jest to raczej giełda bardziej lub mniej sentymentalnych śmieci, gdyż miejsce sprzedawania przedmiotów mających rzeczywistą wartość znajduje się gdzie indziej.

Najczęściej słowo owo przyjmuje formę partykuły. Co ciekawe, emocjonalnie może być mocno zabarwione jak i zupełnie wyjałowione, wręcz podświadome, transparentne, neutralne do końca, ale wciąż w granicach partykuły pozbawionej znaczenia. Mniej niż westchnienie, niczym świst oddechu, nierozerwalnie złączone z twórcą. Jeśli emocjonalne, to pozbawione treści, jak zawór ciśnieniowy kotła parowozu.

W zbliżonej formie, lecz posiadającej już znaczenie refleksyjne, brzmi dość charakterystycznie, szczególnie nieco przedłużona samogłoska „u”, dzięki czemu określenie istoty nie sprawia trudności. Refleksja może przybrać kierunek ogólny, gdy podmiotem jest środowisko nieprzyjaźnie nastawione na wypowiadającego, oraz zwrotny, gdy podmiotem jest sam wypowiadający, w jakiś sposób przez środowisko uciemiężony. Pierwszym przypadkom towarzyszy silniejsze, negatywne zabarwienie emocjonalne, poczucie niesprawiedliwości, potrzeba uznania krzywdy wśród najbliższych słuchaczy. W drugim — oznacza się rezygnacją i wyobcowaniem, a celem wypowiadania jest zażegnanie poczucia samotności. Postawa taka jest jak najbardziej uzasadniona, ponieważ słowo to wyjątkowo skutecznie scala współsłuchaczy.

Bardzo często wyraz ten, niczym joker z kart, jest synonimem dowolnego słowa. Czasem zastępuje całe frazy, a ciężar znaczeniowy zostaje przeniesiony na intonację i akcenty. Bywa, iż melodia owego wyrażenia przybiera unikalną formę improwizacji, samej w sobie istotnie ciekawej jako niezależny byt.

Brzmienie uznaniowe, cechujące się melodycznym „u”, oznacza szczerą aprobatę i podziw z odrobiną zazdrości. Usłyszymy je po udanej transakcji, a zwłaszcza w chwili, gdy środki pozwolą na realizację zakupu w czynnym nieopodal niewielkim sklepiku całodobowym o wąskim asortymencie.

Od czasu do czasu daje się usłyszeć wyjątkowo mocny emocjonalnie wariant, z reguły zabarwiony negatywnie. Tutaj należy wsłuchać się w głoskę „r”, ponieważ siła wypowiedzi owej głoski, a zwłaszcza wpadanie w samooscylujące „er-er-er”, określa punkt sporu: od etapu walki (siła głoski ”r” jest bronią ofensywną i bierze udział w charakterystycznych pojedynkach), po etap porażki (z przeniesieniem akcentu na długie „a”) bądź zwycięstwa (opadające brzmienie niewyróżniające żadnej z głosek). W wyjątkowo zażartych sporach spotyka się dość rzadko wyrażaną, choć znaną formę pełną, zakończoną słowem „mać”.

Podróż do Skawiny

Niewiele ma to z rozsądkiem wspólnego: narty, małpi gaj czy paintball. Płacisz, męczysz się, a nawet możesz sobie nabić guza. Ale większość z nas od czasu do czasu oddaje się temu.

Dziś i ja postanowiłem zrobić coś niemądrego. Do jednego z satelickich miast Krakowa — Skawiny — zapragnąłem dostać się pociągiem. Rzecz przypomniała trochę świt po Nocy Żywych Trupów. Co prawda nigdy nie widziałem tego filmu (nawet nie wiem czy istnieje), ale tak sobie właśnie wyobrażam ową scenerię. W wehikule o charakterystycznej woni, w którym ciepło ścinało białko, przebywało kilka fantomów. Jeden z nich dawał oznaki życia dokonując aktu sprzedaży biletu, jednak oznaki te były nikłe i w ogóle zdziwiłem się, że w końcu ów bilet otrzymałem. Pozostałe fantomy rozrzucone nieregularnie w nieprzyjemnych grymasach, nie wykazywały aktywności. Okryte zunifikowanymi paltami, pogrążone w letargu, emanowały subtelnymi odcieniami bardzo silnej bazy. Fantomy i wehikuł — suma spektaklu. Wagon Znikąd i Jego Załoga. Albowiem wagonem, bo obecnie pociąg zredukował się już do nieco przerośniętego wagonu tramwajowego, podróżują tylko Ci, co są z nim związani. Klątwą albo błogosławieństwem — zależy z której strony patrzyć. To właściwie fenomen, cudowna machina, perpetuum mobile, które wymknęło się logice i czasoprzestrzeni. Wehikuł wozi załogę, by ta mogła prowadzić wehikuł.

Zanim znalazłem się w skądinąd wspomnianym już kiedyś fenomenalnym mieście, kilka razy z niepokojem obserwowałem swoistą liturgię cieni. Wehikuł zatrzymywał się niespodziewanie, a fantom wykazujący aktywność wpuszczał i wypuszczał istoty, których niestety widzieć mi nie było dane.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, iż cała podróż trwała dziesięć minut. Z powrotem już wracałem Drogą Żywych, czyli przepełnionym busem. Podróż trwała jednak godzinę i minut dwadzieścia. Mając własny wehikuł mógłbym ją skrócić do godziny minut piętnaście, lecz w czasie podróży nie mógłbym wam tego wszystkiego napisać.

Podróż za Skawinę

— Za komuny było lepiej. Ja panu to mówię.
— Oj, tak, tak, oj, tak...

Wola Radziszowska.

Transcendencja podróży regionalnymi liniami kolejowymi nie będzie pełna, jeśli nie usiądziemy nieopodal bardzo nielicznych już pasażerów. Są to ludzie wyjątkowi, będący częścią tego już wymykającego się realizmowi artefaktu. Jedną z głównych zdolności owych wybrańców, której z zazdrością się uczę, jest władza nad czasem. Bez tej umiejętności podróż pociągiem do Jordanowa byłaby niemożliwa. Z niejaką dumą czuję, że czynię postępy.

— Panie kierowniku, a w poniedziałek to ten wcześniej jest wcześniej?
— Tak, bo ten wcześniej nie idzie.
— Patrz pan, a dawniej jak było wcześniej, to nie było później. Cały rok. A nie takie, że raz jest wcześniej, a raz później i nikt nie wie kiedy.
— Oj, tak, tak...

Stryszów.

„Peron wyłączony z eksploatacji” — a jednak odśnieżony. Rzadki przykład zwycięstwa porządku nad pragmatyzmem. Tym mocniejszy, że nikt nie wsiada ani nie wysiada. Wydaje mi się, że od bardzo dawna nikt tu nie wsiadał i nie wysiadał. Każdego dnia, co kilka godzin, następuje rytuał zatrzymania pustego pociągu przy zamkniętym peronie. Musi być to częścią czegoś większego. Może zmian faz księżyca? Może następstw pór roku? Może, gdy ostatni pusty pociąg zatrzyma się po raz ostatni przy pustym, zamkniętym peronie, będzie to ostatni dzień świata?

— I jeszcze tak siedzą, nic nie robią, a pieniądze mają i piją!
— Oj, tak, tak...

Skawce.

Oto śmierć. Oto miejsce przeklęte. Każde drzewo, każdy krzak ma tu swój wyrok. Każdy dom zostanie rozebrany, cegła po cegle, do fundamentów. Każdy podkład zostanie wyrwany. Każdy większy kamień — wywieziony. Także ten, na którym tyle razy siedziałem, susząc się po kąpieli tam zaraz, obok mostu. Ale dziś jeszcze trwa wojna. Wciąż naiwne brzozy próbują niezauważenie stać się dorosłe. Wciąż jeszcze z kilku kominów leci dym, znak, że życie trwa. Wciąż jeszcze jedziemy tędy, a nie kilometr obok. Już nie żyje większość domów, porośnięty bluszczem budynek stacji Skawce przegrał, a ostateczne rozwiązanie nastąpi za rok. Wielki potop nie oszczędzi niczego.

— Albo te zboczeńcy, to one chcą rządzić!
— Oj, tak, oj, tak...

Bystra Podhalańska.

Inaczej to wszystko wyglądało. Tylko jak? Plącze fakty przeciążony nagłym przyspieszeniem świata mózg czterdziestolatka. Tu stało wielkie drzewo. Może to był dąb? A może nie stało? Nie ma drzewa. Ale nie było na pewno tego ogromnego napisu „Chwilówki dla każdego, także dla zadłużonych, w 10 minut”. Chwilówka — samozwaniec przeklęty, jeszcze jeden uciekinier Pandory.
Nie było jej tu, za to była... jakie jej imię? Zresztą nie ma to znaczenia. Tak jej nie ma, jak jest Chwilówka.
Tak, Chwilówka — to jej imię.
Trzeba wysiadać.

Wszystkich Świętych

— Sześliwejdrogi juszaaaaasssss...
— Krakoooofffiiiaaaa!
— A pamiętasz jak ten... no ten... no pamiętasz, co on tak wtedy...
— Jesteś jak młoodyptk. Ptak.
— Ale pamiętasz, no ten wtedy...
— Krakoooofff...
— Wziołam komóre? Czy wziołam?
— To on wtedy, co on... no wiesz?
— Nie wziołam? Gdzie moja komórka?
— mapeżyyycia fsercumiej!

Wracamy z cmentarza.

Radość z niczego

Z rzeczy konkretnych fascynujące są stany skrajne: wszystko i nic. O ile wszystko mnie przeraża (no bo wyobraźmy sobie: stoi ciąg czegoś i jest, jest, jest; jak długo byśmy szli w tę czy z powrotem), o tyle nic ma coś w sobie niesamowitego. Nie ma — czy ktoś potrafi sobie wyobrazić całkowity brak? Nieskończoność — owszem, nudna, niezmienna i jest, jest, jest... Zero — zupełnie inaczej: nie jest. Nie: „nie jest, nie jest i nie jest...” tylko raz: „nie ma”. Brak. Nic. . (kropka tam jest, z lewej, jako najkrótszy z synonimów niczego, a nawet on nie jest doskonały, bo jest, a nie nie jest).

Pomiędzy oczywiście są skończoności i niebraki, ale te są przeciętne i nie warte rozważania; w każdym razie nie w chwili przeciętności powszechnej dnia przeciętnego, wypełnionego przeciętną pracą nagradzaną przeciętnym wynagrodzeniem. W tym właśnie momencie nic jest teoretycznie atrakcyjniejsze.

Zero większość z nas trwoży. A nie powinno. Jest nieskończenie żadne, przez to maksymalnie ciekawe i całkowicie nienużące. Jak ultramała, megadobra wisienka na torcie, którą zostawiamy sobie na koniec. Już się cieszę!

Jest dobrze!

Lubię współczesne wynalazki: natychmiastowy dostęp do perełek takich jak „North by Northwest” i równie szybki — do zdjęć aktorów tego dziełka, z Ewą Saint na czele. Te ostatnie niosą więcej refleksji o przemijaniu niż tuzin kazań z najsmutniejszego kościoła.

W takich chwilach przyplątuje się myśl o buncie przeciwko wiotczeniu, wysychaniu i w końcu porzucaniu resztek niegdysiejszej świetności, lecz następnym etapem jest myśl jeszcze ciemniejsza. Otóż to nie ciało nie nadaje się do trwania w nieskończoności; jest tylko kwestią czasu, gdy będzie ciągle się odradzać, jak włosy albo naskórek. To dusza jest nieuleczalnie skazana na przemijanie, nasza mentalność, nawet więcej — konstrukcja — wyklucza nieskończoność. Pozostaje spekulować czy człowiek unicestwiłby się po pięciuset latach, czy pięciu tysiącach, z arcynudów i arcyznużenia. Chyba, że zostanie opanowany reset: każdego dnia rano budzilibyśmy się spragnieni „North by Northwest″, o którym słyszelibyśmy, że jest dobry, ale jeszcze go nie widzieliśmy.

Tylko... czy to bylibyśmy jeszcze my, twory po wieczność zapętlone? I czy czasem jedna z największych filozofii świata już tego nie wymyśliła?

Zdaje mi się, że mam smutną wiadomość: stan, który jest, jest najlepszy. Od — do. I nie poza ani przed.

Wybrane ustępy z Księgi Obywatela

„I pamiętaj, każdy Twój sukces tylko Twą zasługą, a porażka każda Twoja zasługą wroga Twego, co z sił ciemności w spisku toczącym sidła na Cię stawia!”

„Ty wiesz i wybrani Twoi, a inni nie. I nadejdzie dzień, gdy Twoja prawda zatryumfuje i wybranych Twoich w chwale, a oni upokorzenia dostąpią ośmieszeni!”

„Sądu prawo pierwszym Twym, naturalnym, a pierwotnym, byś nie usechł niewyopiniony jak oni pragną, zawłaszczywszy oskarżenie, sobie tylko dając przywilej ów!”

„Zmowy złego głupcy nie widzą, lecz Ty i wybrani, uciśnieni oczu otwartych, bólu wiedzy i prawdy goryczy!”

„Wyjątkowość Twych czasów podważać będą w ignorancji, oderwani bez korzenia, w rzekę wrzuceni, otępiali!”

„Tyś uciemiężony ponad niewiastami i mężczyznami błądzącymi myślami swymi, którym nie dane Twoich słów rozumieć, jak ślepcom, jasnych i wiernych jedynie wśród zgiełku!”

„Oto dziś początek drogi Twojej ponad drogami, nieboskłonu bratem, nie dla innych ciasnym szlakiem dnia każdego po kres swój idącym!”

Ludowe przysłowia na jesień

Kiedy wrzesień pali trawę, w październiku dają kawę.

We wrześniowe noce już się tak nie pocę, suszą się onuce, a światło migoce.

Wrzesień ma, to i da.

Wrzesień drze się o tym, że się bardziej jedną nóżką.

Jak we wrześniu, tak.

Słowa toaletowe

o egzystencji i przemijaniu

Ach, jakie ładne chmurki tańczą na niebie! Kiedyś będę jedną z nich.

Z zerwanego kwiatu umyka najpierw zapach. Później kolory płowieją, wreszcie delikatność zastyga w sztywnym grymasie. Prawdziwym wyzwaniem jest tego nie widzieć.

Najpiękniejsze sny są własne.

Wolność jest, gdy to wiesz, a nikt łzy nie uronił.

Czasem strach przed włączeniem światła jest większy, niż strach przed Buką.

Często dostajemy niechciane prezenty. Ale nie jest to regułą, zwykle nie dostajemy nic.

Gdy już grzeszysz, to przynajmniej się z tego ciesz.

Miłości najbardziej szkodzi jej nadmiar.

Marzenia są jak stal: uderzenie może zabić, lecz rdza każde w końcu unicestwi.

Modląc się o czekoladki, wyraźnie określ ich liczbę.

O upadających aniołach mówi się „upadające anioły”. O nieupadających nic się nie mówi.

W życiu zdarza się, że od ucznia ważniejszy jest dzienniczek ucznia.

Gdyby zebrać wszystkie łzy świata i wysłać do Somalii, wyrosłaby tam puszcza.

Gdyby zamienić wrzaski wszystkich awanturujących się ludzi na energię elektryczną, można by zasilić jakieś małe państwo.

Przyczyną większości katastrof jest panika.

Dojrzałość następuje z chwilą, gdy kończy się chemia, a zaczyna fizyka.

Jak każdy, mam plany na tysiąc lat, ale coś mi się wydaje, że się nie wyrobię.

Najcenniejsza umiejętność — zrozumieć niebyt, szczyt dojrzałości — zaakceptować go.

Ale ja kłamać potrafię tylko za pieniądze...

Jeśli czegoś bardzo pragniesz, to na pewno tego nie dostaniesz. Prawdopodobnie nie dostaniesz tego także wtedy, gdy ci to już będzie wisieć.

Być bohaterem czy być bohaterem Kieślowskiego — oto jest pytanie.

I żeby choć Adam z Ewą obalili skrzynkę jabłek, oni zeżarli tylko po połówce!

Istnieje teoria głosząca, że egoizm i egocentryzm jest taką samą cechą jak zez czy głuchota.

Kompleksy są głupie i żałosne i, niczym mleczaki, powinny wypaść przed podstawówką. Tylko trzeba je rozchwierutać.

Dojrzałość to czas, gdy już wszystko człowiekowi wisi i to jest fajny czas.

Jak wyjaśnić słowo „deficyt”? Więc wyobraźmy sobie słowo „zaufanie”.

Słyszałem, że wszystkie problemy doskonale rozwiązuje coś tam.

Gdy patrząc we wczoraj widzisz swą niedojrzałość, ciesz się, bo znaczy to, że wciąż się jeszcze rozwijasz.

Jabłka dojrzewające najpóźniej mają najbardziej przerąbane.

Bywają dni mieszające skwar z gradem i właściwie nie jest to szczególnie nadzwyczajne zjawisko.

Stwórca uczynił kamień tak ciężki, że podnieść go nie mógł. Nazwał go: człowiek.

Rzucać można na przykład kamienie do wody. Bez względu na ich kształt wychodzą koła. Ale z rzucaniem innych rzeczy nie jest już tak prosto.

Mimo, iż długość jest tworem nieskończonym, każda linijka gdzieś się zaczyna i kończy.

Ostatni będą pierwszymi i dostaną najlepsze posesje.

Mówią czasem: zastanów się czy na pewno tego chcesz? Ja bym dodał: zastanów się po trzykroć!

Lepiej być Włóczykijem niż Muminkiem.

Nic nie musi być tym, czym się wydaje być.

Doświadczenia życiowej dupy przydają się w czasach peryhelium. Człowiekowi lepiej wtedy smakuje woda z kranu, gdyż ma świeżo w pamięci smaki pisuaru.

Uśmiechnij się! Jutro też będą wojny, powodzie i trzęsienia ziemi.

Umiera się tylko raz.

o codzienności

Nie lubię jak ludzie zmieniają nagle temat i będzie jutro padać, bo zapowiadają dobry obiad dziś jadłem więc trudno taki chaos zrozumieć na wysprzedażach widziałem fajne torby, już pytałem o najlepsze kwatery nad morzem zatem sami widzicie, że to bez sensu, a wielu tak robi, żeby nie wchodzić w butach i zjadłbym coś, ale już nie mam co na siebie włożyć, wszystko brudne.

Smak jak znak wznak, akceptacja dezaprobaty, rewerencja idiosynkrazji, predylekcja awersji...

Pociągiem pojedziesz gdy trzy próby przejdziesz: Czasu (tylko godny wie, kiedy odjedzie), Miejsca (wie, z którego peronu) i Oddechu (przeżyje jego wyziewy).

Zamiast telewizora oglądam pralkę. Program taki sam, a jeszcze pierze.

Porozmawiajmy jak dorośli ludzie, bez ambiwalencji, niewczesnej symboliki, enigmatycznych, zgoła pytyjskich konstatacji, transcendentnych ucieczek z pogranicza amnezji dysocjacyjnej, wręcz expressis verbis, rzekłbym nawet — explicite, o... no właśnie, o czym to mieliśmy rozmawiać?

Wędzonych samic, węglowodorem nienasyconym zakropione ciała tudzież sauté samców torsy bujne, wuwuzel owadów tańce, a wszystko w oparach chmielouryny, lawą zastygłych wulkanów lodopodobnych cieczy kończynami mas spływających... Lato!

Zegar który stoi, przynajmniej jest dokładny dwa razy dziennie.

Nie ma już chleba, ale są czipsy.

Mówią, że szczęście daje sława, pieniądze, miłość... Lecz z tym raczej krucho bywa. Ja wam powiem: szczęście daje wanna między trzynastą a czternastą we wtorek.

A z radia dowiedziałem się, że mam łupież, cellulit, żółte zęby i puszczam bąki.

Aby wybrać opcję pierwszą wciśnij dwójkę.

Akwizytor też człowiek, ale ja też człowiek.

Na ten przykład mnie wkurza, że się poszewka odposzewia od jaśka kiedy chce.

Jest kryzys wartości. Patrzę w portfel, a tam wartości brak.

Pięć chlebów, dwie ryby, woda w wino — kto dał przykład piractwu?

o społeczeństwie

Gdy już ją masz, zdobyłeś, w pocie czoła wychowałeś, krwią napoiłeś i łzami, Rację Swą Świętą, pamiętaj, że inni w tym czasie nie próżnowali.

Niektórzy ludzie, mszcząc się jakkolwiek na systemie, odczuwają satysfakcję. Biedni, nie zdają sobie sprawy, że system ich w ogóle nie zauważa.

Amerykańscy naukowcy odkryli, że większość ludzi jest głupia.

Gdyby ze wszystkich ziemian zrobić jeden organizm, powstałaby wielka menda.

My, naród słowiański, tysiącletni, osiągnęliśmy dziś tak wiele! Mamy olbrzymie telewizory i dużo dezodorantów o różnych zapachach, wiele smaków jogurtów w lodówkach cichych, energooszczędnych i całe szafy kolorowych swetrów. Czyż nie jest cudownie?

Dziewięćdziesiąt procent ludzi nie powie nigdy nikomu tego, o czym myśli przez dziewięćdziesiąt procent czasu.

Pokora i pycha zaczyna się tą samą literą i pewnie dlatego sporo ludzi myli te pojęcia.

Nie każdy cieć to cieć, nie każdy prezydent to prezydent.

Z instytucji publicznych najsprawniej działa dom publiczny, ponieważ jest prywatny.

Największą krzywdę religiom robią wierzący.

Dobrze mieć przyjaciół. Co ciekawe, łatwo ich stracić, ale jeszcze łatwiej zyskać.

Bo w nas, ludziach, jest powszechny, wrodzony talent do tworzenia rzeczy brzydkich.

Kobieta na przykład to raz mówi jak kobieta, innym razem jak kobieta, potem jeszcze jak kobieta. Nie sposób tego opanować!

Nieważne są fakty, ważne są emocje.

Boję się radonu bo nie ma zapachu, smaku i rozumu.

Spopielarnia po naszym trupie!

Dwadzieścia pięć procent badanych nie wie, ile to jest dwadzieścia pięć procent.

Niektóre ziarenka popcornu nie chcą wystrzelić w ciągu swych regulaminowych dwóch minut. Niektórzy dają im szansę narażając na przypalenie resztę, która zachowuje się normalnie.

Gdy patrzę na niewolników idei, zastanawiam się czy im współczuć, czy zazdrościć.

Mądra kobieta — oksymoron? Nie, raczej coś jak mądry mężczyzna.

To jest napad! Tu mam usta, tu słowa. W razie potrzeby wypowiem kilka zdań!

Panie, racz zesłać na nas susze, powodzie, mrozy i szarańcze, bo inaczej się pozabijamy.

Każdy powinien sobie spisać zespół źródeł marudopędnych dobierając je tak, by nigdy nie nastąpił czas marudopróżni. W razie marudopatii (przejściowego ograniczenia marudowrażliwości) jeden rzut oka pozwoli natychmiast umarudomotywować się.

Marudzenie kreuje, z marudzenia mamy entropię, marudzenie to kwintesencja proliferacji futuryzmu!

Język żyje, język się zmienia. Przykłady? Galeria, nowość, promocja, okazja, białe, dużo zieleni, przestronnie, apartament, korzystna cena, jedynie, tylko, oddam...

o sobie — te najbardziej lubię, ale od czytelnika wymagają niejakiego intelektu w dziedzinie interpretacji

Lustro jest dla mnie źródłem chwil szczęścia i wzruszeń.

Chciałbym postawić sobie pomnik — gdzie się coś takiego załatwia?

Jestem taki mądry, że aż boli mnie głowa.

Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć co to są te kompleksy?

Zapisałbym się do mensy, tylko nie mam kiedy.

Zauważyłem, że najbardziej nie lubią mnie moje nieudolne podróbki.

Nie jestem egoistą, jestem estetą.

„Ja, ja, ja!” — lubię sobie czasami tak porecytować.

Gdy wstaję o dziesiątej, to myślę, że świat jest niesprawiedliwy i bardzo mi się to podoba.

Porozmawiałbym o wpływie Yao na Klesyndrony Prostopadłe, ale nie mam z kim.

Uwielbiam zapach próżności o poranku.

Oddychając uszlachetniam powietrze.

Zamiast taniego wina wolę spijać nektar z gregoriańskich spadkołąk w locie dzięcieliny pałej.

Stworzę stworzeń, wymyślę myśl, wydzielę dzieło, w końcu opus połączę z magnum i powstanie To!

Jestem mistrzem, a wy się nie znacie!

„M” jak megalomania.

Tak naprawdę nazywam się Adam Autoironia Śmiałek, ale brzmi to zbyt pompatycznie więc na co dzień skracam.

o sobie — część druga

Szaleńcy, wariaci, psychiczni, pomyleńcy, głupi, kretyni, zbzikowani, świry, odmieńcy, dewianci, opętani, oszołomy, debile, fioły, idioci, czuby, podarujcie mi odrobinę tolerancji, to i ja was będę szanował!

Podzieliłem na pół. Pierwszą, większą połową obdarowałem siebie. Drugą połowę, mniejszą, zatrzymałem sobie. Trzecią, tą równą połową nasyciłem się. A ty umiesz dzielić?

Nie jestem częścią czegoś większego, bo nie jestem częścią.

Emo chce kupkę! Niechaj wszyscy natychmiast przybiegną tu z papierem!

Nie piję, nie palę, nie ćpam — czy należy mi się renta?

Lubię palić ogniska w lesie, szczególnie podczas suszy.

Zauważyłem, że posiadam cztery kończyny, a wszystkie sprawne. To aż cztery powody do bycia zadowolonym.

Odkąd wiem, że mogę, nie muszę.

Raczej jestem optymistą, może nie aż takim, jakim był Żeromski...

Wymyśliłem znak narzekania, narzekacz „oj”.

Świat się dzieli na dwie części — mnie i resztę. Nie jestem światem, a świat nie jest mną. Jesteśmy tylko połączeni.

Owszem, czasem bywam zimny, niczym zapiekanka z baru na dworcu w Katowicach.

To nie ja, to tylko ja.

Posiadam konstytucyjne prawo do głupoty i gdy zechcę, skorzystam zeń!

Rozwijając intelekt eksploruję słownik wyrazów obcych. Co prawda wciąż jestem na „A”, ale i tak jest już nieźle: abominuję abnegatów absenujących ab incunabulis.

Jestem człowiekiem, nie Polakiem, choć i to rzadko dumę przynosi.

Przeżywam dni. Nie: żyję, lecz przeżywam. A potem takie dni nawijam sobie na sznureczek i mam koraliki. A wy macie tylko sznureczki!

Jestem błędem statystycznym, ale szczęśliwym.

o marzeniach skrytych

Lubię ciszę i spokój. Marzę o małym domku pomiędzy cmentarzem a kostnicą.

Chciałbym kiedyś napisać coś takiego, co z miejsca rozśmieszyłoby mnie.

Chciałbym coś takiego do wszystkiego i niczego, że ja nie wiem, czego bym chciał.

o interesach

Chciałbym kiedyś dostać jakąś łapówkę.

Wymyśliłem certyfikat na ziewanie, szukam wspólnika z dojściami.

A co powiecie na Jednorazową Rękawiczkę Powitalną?

Wymyśliłem patent na pomniki, co korpusy są stałe, a tylko głowy się zmienia.

Jeśli nie masz pomysłu na biznes, to wykorzystaj ludzką próżność.

i na koniec jeszcze raz o sobie — przerażająca prawda, która głosi, że...

Choć wydaje się to niemożliwe, nie jestem nieomylny.

Słowa uczesane

wspomnienie

Topole
szelestem łaskoczą wspomnienia.
Klepiska podwórek ciasnych,
odeszłych,
szumią o niewypaleniu,
dalekim jak podwórka owe,
klepiska zabaw paru — latków,
głupich.

Topole,
chwasty miast.

krótkie zdania

Kropką zaczynają zadania
zakazani.
Kropkami bezwstydnymi
niemoralni
pogrążają siebie.
Kropkami oskarżają
pyszni,
kropkując litanię
do świętego
imienia swego.

Tchórze, co słów się boją.
Słabi, uciekając czynom.
Wszechniedojrzali.

arcyszpilka

Arcyszpilka

do wbijania służy.
W serce.
Banał, ale takie właśnie jej zadanie.
Jak pomarańczy sok przeznaczony,
albo liściom śmierć jesienią.

Arcyszpilki

nie kupisz w pasmanterii.
Ani w Rossmannie.
Ani na Allegro, eBayu, ani też na Molotok.Ru
Ona sama cię wybierze,
bo tak.

Arcyszpilka

kata z ciebie zrobi
i ofiarę.
Albowiem tym się różni od szpilki,
że ma dwa końce ostre.
Dlatego jest arcy.

niepokoje muzyczne

Niepokorni
płaczą w tonacji durowej.
Nieroztropni
śmieją się synkopami.
Nieostrożni
mówią polifonią.
Nienasyceni
biorą triolami.

Grzesznikom
da capo al fine!

zdarzenie

Zbudowałem ołtarz:

Święty Obraz,
Święta Księga,
Święta Relikwia.

Bogu,

który się urodził,
nauczał,
zmarł.

propozycja

Jestem miękki, wiesz?
Naciśnij. Czujesz?

Jestem kruchy też.
Nie sprawdzaj, uwierz.

Działa na mnie deszcz,
zimno... znasz przecież.

Skoro... wiesz jak jest,
skoro ja wiem też,

nie rańmy siebie
więcej, niż już jest.

sublimacja

Jeszcze jest,
nie uleciał,
zapach.

Okruchy
zgubionego,
dzielę,

drżąc na myśl,
gdy zostanie
tylko

głód.

wiosna

Wylazły kwiatki,
bratki, bławatki.
Jest pięknie!
Ale i muchy,
wszy, karaluchy,
Spod pachy poty,
tych co z roboty,
zaduchy, smrody
gorąc, brak wody.
Jest pięknie?

Wiosna radosna!
Deszczem zalana,
śniegiem zsypana,
wciąż niewyspana,
zimowych piesków
kałem zasrana...

wielkie czyny

Napisałem list:
oskarżenia,
wybaczenia,
pożegnania.

Ogoliłem się.
Umyłem porządnie.
Ubrałem w co najlepsze.

Przerzuciłem sznur.
Wszedłem na krzesło.
Założyłem pętlę.

Ale musiałem przerwać.
Zachciało mi się sikać.

litania nielegalna

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, moja wina, moja wina, moja przenajświętsza wina, dość.

małe nic

Jeden dzień,
dwie kalorie.
Jak tic tac.
Cap do buzi
i nie ma.

półmetek dojrzałości

O ojczyźnie umęczonej,
wielkich synach narodu,
bożych cudach, braterstwie,
sensie życia, o śmierci,
o pytaniach zasadniczych:
„Po co, dokąd i dlaczego?”,

napiszę

jak skończę o dupach.

przestrzenie różnowymiarowe

Na początku była kropka.

Bardzo mała, czarna.
Nie działo się nic.
Ale było.
Czekałem.

Rozpoczęła się kreska.

Rosła.
Rosła coraz dłuższa.
Zacząłem biec.
Przed siebie.
A potem z powrotem.
I znów przed siebie pobiegłem.
I dalej, jeszcze.

Pojawiła się płaszczyzna.

Już nie tylko do przodu i do tyłu można było biegać.
Biegłem w bok.
Trochę na wprost.
Potem w lewo.
W prawo.
Do tyłu pod lekkim kątem.
Nieco w lewo znów, ale niewiele. Bardziej do przodu raczej.
I wciąż było mało.
I wciąż było dużo.
I wciąż było nowe.
I wszystko było piękne.

Aż nastała przestrzeń.

I to było zbyt wiele.
I to nie było proste.
I oczywiste.
I łatwe.
I się wystraszyłem.
I się pogubiłem.
I się zatrzymałem.

brak zasięgu

Obiecałaś burzy ciszę
gdy słońce z wagą tańczyło,
kiedy powódź przesuwała
fundamenty mego domu.

I tak ciągle milczysz.

Wiatr osuszył tamte czasy,
śnieg, mgła, ciepło, deszcz i rosa
od tej chwili grały w berka
chronologię zatracając.

A ty nadal milczysz.

Jutro wczorajszym się stało,
zieleń — czerwień znów odeszła.
Już za chwilę będzie było,
a wraz z nimi słowa — widma.

Nieustannie milczysz.

nieugięty

Nie proś.
Nie szantażuj.
Nie patrz tak.
Nie płacz.

I tak ci nie kupię czekoladek.

erozja

Mchem i porostami
zarastasz czasie wielkich postanowień.

Młodymi brzozami
umierasz łąko tamtych dni.

Ile pozostało?

Oczodoły twarzy.
Ciała we mgle.
Sylwetki.

Dziś znów jest przedwczoraj.
Bardziej przygarbione.
Po cichu.

odmiana zaimków osobowych

Ja paplam.

Tobie paplam.
Jemu, jej paplam.
Nam paplam.
Wam paplam.
Im paplam.

Wystarczy.

ogłoszenie

Szukam wagi.

Z lewej strony kładę bóldaję.
Z prawej strony kładę bólbiorę.
Odczytuję wynik.

Czy ktoś wie, gdzie można kupić coś takiego?

parasolowa panienka

Nie pada.
Ale przecież może.
Słońce grzeje tak przyjemnie.
Jednak chyba będzie burza.
Chmurki żadnej dziś na niebie.
Lecz z pewnością coś się czai.

I tak niepokoi się dzień cały
Parasolowa Panienka.

o tutejszych tekstach niektórych

Czytasz te słowa,
strach cię ogarnia.

Tekst nielegalny,
dźwięk zapomniany,
myśl niemedialna,
nagość, a może
i pornografia.

Wielu uciekło,
zażenowanie
inni poczuli.
Romantyzm umarł
na egzaminie

...dojrzałości?

flirt autobusowy

W sto piątce się spotkali
spojrzeniem,
z daleka,
przypadkiem.

Nieśmiało podglądali
odbicia
na szybie
nieczystej.

Zabawa w chowanego
wybranych
wśród obcych,
po cichu.

Mało określonego
zapachu
cukierków
niedrogich.

Uśmiech niedokończony
wzajemnie
oddany,
mniej więcej.

Brutalnie rozproszony
sykiem drzwi
nagle
otwieranych.

I tylko obraz został
na chwilę,
koloru
bladego.

Niby—romansu posmak,
stygnący,
z głębi
przypomniany.

do ambitnych nazbyt

Znajoma kreda
brylantem być chciała.

Do jubilera
z rana się udała.

„Będziesz szlifował!”
— takoż poprosiła.

„Z tą aparycją?”
— odrzekł — „Moja miła,

w kolię nie wejdziesz,
w nożyk do szkła może...”

Łzę uroniła,
ale rzecze: „Boże,

trudno, niech będzie!”
I już oprawiona:

drewniana rączka,
stalowa korona.

Nadziei pełna
na szybkę spoziera.

Już za chwileczkę
będzie jej premiera.

Lecz katastrofa!
Szyba niedraśnięta,

z kredy pył został,
żałość niepojęta...

Jaki tu morał?
Szlifować chcesz? Ale

ambicję wstrzymaj,
poznaj Mohsa skalę!

otumanienie I 

Tak klapnę na chwilę.
Tak krzywo usiądę.
Tak podparty dziwnie.
Tak popatrzę w lewo.

Tak sobie.

otumanienie II

Tak się tu wyłożę.
Tak głowę odchylę.
Tak nogę podwinę.
Tak pomyślę nieco.

Tak sobie.

otumanienie — finał

Tak nic mi się nie chce,
tak rzeczy są głupie.
Tak zaraz stąd wyjdę,
tak wszystko mam w dupie!

Tak se!

w poniedziałek przed południem

Wypełniającym
pit jedenaście osiem,

ujmującym
fakturę w ewidencję,

wyliczającym
stopę wynagrodzenia,

wertującym
polską klasyfikację,

wysyłającym
korektę zus zet zet a,

z gorczańskiej hali
pełnej krokusów
ślę wyrazy
serdecznego
współczucia.

twój anioł stróż

Radio Złote Gnioty.

Dobrze słyszysz?
Złote Gnioty.
Złote!
To dla Ciebie!
Posłuchaj!
Gnioty Złote!

Ty zawsze przy mnie stój.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy...

Radio Złote Gnioty.

Nie za cicho?
Złote Gnioty.
Złote!
To jest dobre!
Pamiętaj!
Gnioty Złote!

Bądź mi zawsze ku pomocy.
Strzeż duszy, ciała mego...

Radio Złote Gnioty.

Może głośniej?
Złote Gnioty.
Złote!
Jestem wszędzie!
Umieraj!
Gnioty Złote!

I już.

krótka historia ustawy o ochronie danych osobowych dz. u. 1997 nr 133 poz. 883

Nazywam się Ustawa o ochronie danych osobowych dz. u. 1997 nr 133 poz. 883.
Urodziłam się 14 marca 1940 roku
w Barcicach.

***

Ja, Ustawa o ochronie danych osobowych dz. u. 1997 nr 133 poz. 883, biorę sobie ciebie za męża
i ślubuję ci miłość, wierność
i uczciwość małżeńską.

***

Tu leży Ustawa o ochronie danych osobowych dz. u. 1997 nr 133 poz. 883.
Przeżyła lat sześćdziesiąt osiem.
Prosi o modlitwę.

myślimy, więc jesteśmy

Zdawało jej się,
że powiedziałem.

Nie była pewna,
pomyślałem,
czy usłyszała,
ale założyła,
że nie pomyślałem
tylko.

Pomyślała
czy powiedziałem to,
co pomyślałem,
czy też powiedziałem
coś innego.

A może pomyślała,
że pomyślałem,
że powiem to,
o czym od dawna myślę?

kamyk w bucie

Kamyk z buta wyjmę
jak przejdę na drugą stronę ulicy.
Usiądę na chwilkę,
tylko nie teraz.
Zrobię sobie lepiej,
ale gdy znajdę się tam.

A to, że idę wzdłuż, a nie w poprzek, jest w tym wszystkim najmniej istotne.

obawy przed spotkaniem z temperówką

Nie jestem ołówkiem gładkim,
z równo zaostrzonym noskiem,
bez śladów po zębach,
z pachnącą gumką na końcu, czystą,
z napisem:
„6H — bardzo twardy, techniczny”.

Ale to nie ważne.

Liczy się to
czy mnie jeszcze więcej,
czy już mniej.

słabości chwila

To moje zabawki! Wynocha stąd wszyscy! Nie będę się dzielił z nikim!
Cholera!

czekam

Czekam na nic.
Idealnie gładkie,
nieskończenie czarne,
doskonale śliskie.

Ale nie o nic tu chodzi,
a o czekanie.

autoportret

Stoję przed lustrem nagi.
I cóż widzę...

Raczej brzydszy niż ładniejszy.
Raczej wyższy niźli niższy.
Raczej młodszy, a nie starszy.

A pod spodem
uśmiechnięty wesołek tryskający humorem.
Tu coś śmiesznego powie, tego zabawi żarcikiem...

A pod spodem
cwaniaczek nieduży, kombinatorek.
Interesiki kalibru marnego, łapówek nikt nie proponuje...

A pod spodem
kompleks niespełniony, żal.
Wielkie plany, niemoc trzyma silną ręką, czas reglamentowany...

A pod spodem
dobroć nieduża, chęć zbawiania świata licha.
Małe wielkie rzeczy serwują spełnienie sumienie czyszcząc...

A pod spodem
poszukiwacz zaginionej arki, odkrywca Ameryki.
Proste krzywi, krzywe prostuje, szuka okularów na swym nosie...

A pod spodem
to nie wiem, bo nigdy tam nie byłem.
I chyba nie chcę wiedzieć.

A cóż ci mówi twoje lustro?

wielkanocna baba

Stoi na stole wielkanocna baba.
Jeszcze ciepła.
Lukrem oblana.
Z rodzynkami.
Zjem ją w niedzielę.
Dziś nie wolno.
Dzisiaj tylko powącham troszeczkę,
okruszka spróbuję,
zamknę oczy, podejdę blisko, poczuję bardzo...

Tylko dlaczego święta nigdy nie nadejdą?

bohater

Zimno, mokro.
To dobrze.
Ślisko, stromo.
Jeszcze trochę wiatru trzeba.
Oto moja góra.
Wyjdę tam i zejdę.
W chwale.
Będę bohaterem.

A gdy spotkam na dole twarz zniesmaczoną
wyglądem zasłużonego w boju,
spojrzę w nią i rzeknę:
„Co ty wiesz o trudach...”

lubię

Lubię, gdy mi dobrze chwilę,
kiedy czas jest tylko dla mnie.
Egoistą być jest miło, więc...
posiedzę jeszcze w wannie.

mrówki

A gdy wstanie świt,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki pierwszej zmiany.
Małe pracusie, kujonki.
Wyciągają za nogi, ku życiu.
Demokratki takie...

A po południu,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki drugiej zmiany.
Wstrętne leniuszki, niezguły.
Wyciągają za ręce, ku senności.
Socjalistki takie...

A gdy przyjdzie noc,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki trzeciej zmiany.
Szalone lekkoduchy, artystki.
Wyciągają za uszy, ku niebu.
Anarchistki takie...

pierwszy dzień wiosny

Idzie pokusa,
zbyt kusa.

Chcę się odwrócić,
„Nie!” — chuci.

Gdzie moja wola?
Gdzieś w polach.

Walki nie będzie
w popędzie.

rozmyślania opartego o drzewo

Czy ja jestem dębem?

Olbrzymem patrzącym z wysoka i dumnie,
niekarzącym się wichurze.
Ostoją i zaborcą.
Dębem jak Dąb.

A może jestem wierzbą?

Uginającą się do ziemi bez troski,
gdy inni rany swe opłakują.
Niemoralnym drzewem bez wyrzutów sumienia,
zieleniejącym, gdy resztę strach mrozu skuwa.
Ostatnim skorym do zrzucenia szat,
gdy czas najwyższy po temu.

A może tylko brzozą?

Chwastem lasu.
Złodziejem ziemi pojawiającym się znikąd i natychmiast.
Pionierem bez pożytku.

***

Myślę czasem,
czyżby nie było dobrze wyjąć swych korzeni i iść.
Przed siebie.
Znaleźć nowy las.

Albo nie.
Może lepiej stanąć nad brzegiem morza
albo gdzieś wysoko,
gdzie nikt widoku nie zasłoni.

I wtedy zamykam oczy.
I zaczynam taniec.
Taniec namiętny, zmysłowy i dziki.

Bo to wiatr,
ten nieujarzmiony szaleniec o stu twarzach takie myśli szepce.
Tańcz z nim,
bierz ten smak garściami,
unieś się i rzucaj!

Ale uważaj, oj biada, gdy to on rządy nad tobą przejmie!

A gdy już znuży się ten wariat zalotnie uciekając,
otwieram oczy
i zastanawiam się czy to wszystko mi się nie śniło.

I jedynie lekki zapach dzikości przypomina o tym,
że nie jestem tylko drzewem.