Felietony ukazywały się na antenie Radia PIN w latach 2010—2011. Stąd można pobrać wszystkie nagrania spakowane w jednym pliku.

Za dużo, za mało

Kilka dni temu otrzymałem miłą propozycję nagrania paru słów na temat ogólnie pojętej fotografii. Myślę sobie: żaden problem, Polak potrafi. Odpaliłem moje małe studio dźwiękowe, pomruczałem, przesłuchałem i to było straszne. Pominąwszy już pseudointelektualną formę, przeraziła mnie cisza, ta charakterystyczna cisza w tle. A ponieważ co jakiś czas uciekam w góry (o tych ucieczkach z pewnością wam jeszcze opowiem), pomyślałem: może akurat tam?

Właśnie zdobyłem szczyt o wiele mówiącej nazwie: „Szumiąca”. Wcześniej była „Ostra”, „Krzyżowa”. Zaiste, fotograf jakiś tym górom nazwy nadawał. I tak oto właśnie siedzę sobie na pieńku, a w około świeży śnieg, jak to w marcu.

Porozmawiajmy. Może o marudzeniu? Rozmowy o marudzeniu można prowadzić bez końca. Ale skupmy się na powszechnym marudzeniu na temat ilości pikseli w aparatach fotograficznych. Pytanie zasadnicze: ile pikseli zadowoli największą liczbę ludzi? Prześledźmy kilka internetowych miejsc wymiany myśli.

W czasach, gdy cyfrowy aparat tworzył głównie status, a nie fotografię, praktycznie wszyscy zgodnie twierdzili, że owych pikseli jest za mało. W epoce pierwszych ośmiomegapikselowców pojawiły się, nieśmiałe z początku głosy, że to już za dużo, by przy dwunastu milionach zyskać na śmiałości. Obecnie, gdy w ręce amatorów trafiło osiemnaście megapikseli, narzekanie na ilość jest wręcz w dobrym tonie.

Z drugiej strony, krótki wywiad w miejscach powszechnego szczęścia, zwanych, nie wiedzieć czemu, galeriami, daje obraz ciągłego głodu pikseli. Piksele wyznaczają kierunek dobrej fotografii. Piksele dają poczucie pasji spełnionej.

Pamiętacie te reklamy, gdy łupież spada o pięćdziesiąt siedem procent albo jędrność pośladków wzrasta z dokładnością do dziesiątej części procenta? Otóż mierzenie fotografii ilością pikseli jest niczym te pomiary jędrności. Niby jest jednostka, ale jej korelacja z tym, co widzimy patrząc na realną fotografię jest niewielka. Uwarunkowań jest tak wiele, iż ów parametr jest tylko jednym, zwykle mało istotnym czynnikiem. Cóż z milionów pikseli, gdy kiepskiej jakości obiektyw nie da obrazu ostrego i szczegółowego? Gdy zdjęcie będzie poruszone, choćby w lekkim, z pozoru niezauważalnym stopniu? A oprogramowanie? Dopiero potrafi rozrabiać. Po każdym wciśnięciu spustu komputerek pokładowy usuwając w dobrej wierze szum najczęściej degraduje subtelności obrazu. A sam temat zdjęć? Kadr ze środka czerwcowego lasu wykonany ze statywu przy najniższej czułości, eksponowany później w słusznym wymiarze wymaga olbrzymiej precyzji, by nie pogubić poszczególnych listków, źdźbeł i wszelkich drobin. Ale już przelotny portret, szczegół złapany gdzieś naprędce, czy zwykła pamiątka z urlopu przesłana później mailem; tam czasem wystarczy nawet ułamek tego, co oferuje dzisiejszy, najbardziej amatorski sprzęt.

Na koniec słówko do tych, którym pikseli znowu za dużo. Otóż, jest prosty sposób, by problemu się pozbyć. Zupełnie przy okazji zmniejszymy też szumy, pozbędziemy się artefaktów, wzrośnie dynamika użyteczna, a całość obrazu nabierze swego rodzaju szlachetności. Uwaga, wyjawiam moją tajemnicę: należy takie duże zdjęcie, za pomocą któregoś z wielu programów, pomniejszyć. A jak to zrobić najlepiej? Być może dowiemy się wkrótce.

A ja wstaję, bo dostanę wilka.

Mniejsze jest piękniejsze

Witajcie dziś z Pasma Podhalańskiego. Czy wiecie, gdzie jest Pasmo Podhalańskie? No, w każdym razie na globusie nie szukajcie. Mroźny wiatr, śniegu po pas, połowa marca za nami. Trzeba się gdzieś schować.

Jak dobrze, że są bacówki. Opowiem wam o jednej z moich zabaw dzieciństwa. Niejeden z was pewnie ją zna. Gdy do mych rąk dostał się balonik, dmuchałem weń, by osiągnął słuszne wymiary, po czym wypisywałem na nim różne historie. Następnie spuszczałem powietrze i z zachwytem oglądałem maleńkie, perfekcyjnie klarowne obrazki. Zabawa w drugą stronę, czyli malowanie małego balonika już nie była taka fajna, bowiem po jego spuchnięciu pojawiały się rozmemłane twory.

Cóż owa historia ma wspólnego z fotografią? Myślę, że wielu z was już widzi analogię. Spróbujmy się przyjrzeć obrazom z naszych aparatów, ale takim wykonanym dobrze w sensie technicznym. Powiększmy je tak, by jeden piksel zdjęcia odpowiadał jednemu pikselowi monitora. Z pewnością zauważymy, że coś jest nie do końca tak. Nawet, gdy dawcą zdjęcia był najlepszy sprzęt, pewne wątpliwości pozostaną, a budzić je będą najdrobniejsze szczegóły. Czasem to będą wątpliwości z tych teoretycznych tylko, a nie estetycznych, ale jednak.

Proponuję taki mały eksperyment, który chyba każdy z was wykonywał wiele razy. Pomniejszmy wymiary zdjęcia redukując szerokość i wysokość o połowę. Przyjrzyjmy się ponownie. Czy widać różnicę?

Zapewniam, że różnica będzie tym wyraźniejsza, im gorszej jakości był oryginał. Oczywiście wszystko będzie mniejsze i szczegółów ubędzie, ale urośnie coś, o czym rzadko się mówi: estetyczna jakość techniczna. Wymyśliłem taki termin, który określa na ile dane ujęcie jest przyjazne naszym oczom.

Redukcja wymiarów pozbawia nas tego, co estetycznie obce. Przede wszystkim pewnej nienaturalnej struktury szczegółów, tej cyfrowej chropowatości. Zmniejszą się też nieregularności, gładkich w założeniu, przejść tonalnych, zwłaszcza w ciemnych partiach obrazu. Innymi słowy, cienie, miejsca, gdzie szum dawał się najbardziej we znaki, będą łagodniejsze dla naszych oczu.

Dobrze, każdy powie — cudowny sposób na darmową poprawę ujęć. Ale przecież w naszym eksperymencie z załóżmy, dwunastu megapikseli zrobią się trzy! Ale, jak wspominałem ostatnio, wielu bardzo narzekało na nadmierną ilość tychże pikseli. Więc niejako ich problem zostaje rozwiązany.

Oczywiście tak silna redukcja wymiarów nie jest potrzebna, by zauważyć wzrost jakości. Praktyka mówi, iż tani obiektyw z przeciętną lustrzanką da nam bardzo przyzwoite wyniki przy rozdzielczości około pięciu megapikseli. Takie obrazy jeszcze długo nie będą mogły być oglądane na ekranach z wykorzystaniem swego potencjału, a do wydruku wystarczą naprawdę sporego.

Załóżmy jednak, że potrzebujemy wyjątkowo dużej odbitki o jakości technicznej możliwie jak najwyższej. By temu sprostać, same warunki jej wykonania muszą być jak najlepsze. Wybór możliwie dobrego obiektywu, statyw, niska czułość, wstępnie podniesione lustro, niezależna obróbka materiału surowego. To wszystko pozwoli na skorzystanie z potencjału, który aparat oferuje. Ale jeśli i to mało? Są techniki składania obrazów z wielu kadrów, pomińmy je dziś. Polecam metodę szybką i tanią. Zdjęcie powiększamy ponad wymiar oryginalny, ale z wykorzystaniem odpowiedniego algorytmu. To nie jest takie oczywiste, gdyż większość metod powiększania sprawia, iż obraz wygląda nienaturalnie. Na skośnych krawędziach pojawiają się charakterystyczne ząbki tworząc abstrakcyjne figury. Znowu algorytmy szumnie reklamowane jako specjalnie przeznaczone do powiększeń dają bardzo nienaturalny rysunek, pełen dziwnych tworów graficznych.

Jest taki jeden, mało znany, choć ogólne dostępny sposób na estetycznie poprawne, silne powiększanie obrazów. Powiększenia wykonane w ten sposób nie są może zbyt ostre, ale nie posiadają ani postrzępionych krawędzi, ani też nie pojawiają się tam nieznane formy sztuki nowoczesnej.

Otóż w dość popularnym programie do przeglądania zdjęć, darmowym IrfanView znajdziemy go w zakładkach dotyczących zmiany rozmiaru. Widnieje pod tajemniczą nazwą „Filtr B—Spline”. Proponuję go wybrać, a następnie powiększyć jakieś sprawnie wykonane zdjęcie owym algorytmem i kilkoma innymi, na czele z tymi, które są wbudowane w wasze ulubione edytory graficzne.

Samo powiększenie to jednak nie wszystko. Możemy wykonać jeszcze kilka prostych operacji, ale o tym być może następnym razem.

Cóż, trzeba wstać i iść w te zaspy...

Filmowiec z lusterkiem

Tydzień temu siedziałem sobie wśród zasp w lichej bacówce. A dziś? Słońce, dwadzieścia stopni. Taka pogoda to nie wyzwanie, zatem wyskoczyłem sobie na chwilkę do znanego Krakusom Lasku Wolskiego.

Chciałbym zastanowić się nad dość palącym problemem, palącym jeśli spojrzymy na fora poświęcone tematyce fotografii, problemem filmowania aparatami. Dylemat ten jest mi miły, albowiem przenosi nas w romantyczne czasy pierwszych aparatów cyfrowych. Analogia uprzedzeń, obaw, niezrozumienia jak również ograniczeń wszelakich jest spora i mam wrażenie, że to już ostatnie takie wydarzenie, gdy nowe zdobywa od lat ugruntowane obszary.

Filmowanie aparatami było możliwe właściwie od kiedy pojawiły się pierwsze cyfrowe kompakty. Owszem, najpierw dotyczyło to wybranych modeli, a jakość owych produkcji była żenująca. Przypominały nieco pierwsze dzieła Chaplina, które ktoś dla żartu pomalował niekompletnymi akwarelkami. Lata mijały, a filmy, cóż, powolutku, większe, bardziej płynne, wreszcie z dźwiękiem, początkowo skrzeczącym; wciąż jednak nadające się... no właśnie, do niczego się nie nadające.

Jednakże gdzieś ponad trzy lata temu w moim, kolejnym już kompakciku, znalazłem opcję filmowania o jakości porównywalnej z amatorską kamerą wideo. Rzekłbym, było nawet lepiej. Odrobinę niższa rozdzielczość wygrywała znacznie lepszym obiektywem. Oczywiście, aparat nie był ergonomicznie przystosowany do filmowania i używanie go jako kamery było bardzo niewygodne. Lecz jeszcze bardziej niewygodne było noszenie dwóch urządzeń. Wyrok padł — kamera przeszła do rezerwy.

Mój następny kompakt oferował jeszcze lepszą jakość filmów, z większą kontrolą parametrów i już doskonałym dźwiękiem. Stabilizacja w obiektywie sprawiła, iż brak statywu przestał być tak bardzo bolesny. Ale... No właśnie. Cały czas aparaty kompaktowe, a więc te z niewielką matrycą, mogły być jedynie alternatywą kamery. Oferowały w zasadzie jedno — o jeden bagaż mniej.

W międzyczasie pokazały się lustrzanki z podglądem obrazu przed zrobieniem zdjęcia. Był to pierwszy krok do uzyskania wysokiej jakości filmu, porównywalnej z najwyższej klasy kamerami profesjonalnymi. Ktoś jednak musiał pierwszy umożliwiać zamianę tego obrazu na film. I to się stało, a właściwie dzieje, bo obecnie jesteśmy świadkami masowego wprowadzania filmowania w cyfrowych lustrzankach. Wiele jest tu jeszcze do zrobienia. Przede wszystkim moc komputerków pokładowych wciąż jest zbyt niska, by sprawnie zamienić potok obrazów w płynny film. Dokonuje się uproszczeń, co widać zwłaszcza w kadrach o większej szczegółowości. Dynamika matryc podczas filmowania jest ograniczona, struktura obrazu sprawia, iż rozdzielczość rzeczywista jest niewysoka. Różnych problemów można wymieniać wiele. Ale pamiętajmy, to wciąż romantyczne czasy wideo w lustrzance i z miesiąca na miesiąc wszystko się zmienia.

Dostajemy za to coś, czego żadne amatorskie kamery nie dadzą. Panowanie nad głębią ostrości, wolność wyboru obiektywu i nieporównywalnie lepszą jakość nagrań w niekorzystnych warunkach światła. Ponieważ obiektywy konstruowane są do znacznie wyższych rozdzielczości, ich praca w trybie wideo, gdzie rozdzielczość ledwo co przekracza dwa megapiksele, jest fantastyczna. Zalet jest znacznie więcej, a w miarę pojawiania się nowych modeli wymienione przeze mnie wady będą znikać.

Ostatnim etapem, który, wydaje mi się, nastąpi za kilka lat, będzie możliwość wykonania i zapisu zmniejszonych RAW—ów, czyli surowych zrzutów z matrycy, z filmową szybkością. Czy wyobrażacie sobie ten potencjał? Koniec problemów z balansem bieli, głębokie kształtowanie dynamiki, niesłychana szczegółowość, w pełni kontrolowana ostrość, kolor. To będzie koniec kamer jakie znamy, koniec jeśli ważna będzie jakość. I koniec kina jakie znamy, kina z czarnymi cieniami, kina doświetlanego kilowatami świateł. Niestety, to też będzie początek pięknych i tragicznie nieciekawych produkcji. Ale poniekąd, to już mamy od lat.

Ja jednak cieszę się — wreszcie będzie można poprawnie sfilmować choćby taki plan, na który właśnie patrzę: drzewa, ze swą jakże bogatą strukturą kory, zanurzające się przebłyskującym pomiędzy nagimi jeszcze gałęziami, słońcu.

Zwyczajnie

Witam was dziś z zupełnie innego niż zwykle miejsca. Otóż znajduję się na starym strychu, w starym Krakowie. Siedzę sobie przed zakurzonym kufrem, w którym spoczywa mnóstwo pamiątek po tajemniczym kimś. Wśród kartek i listów, ten jak widzę pochodzi sprzed lat dziewięćdziesięciu, znalazłem nieco młodszy zbiór slajdów.

Tak naprawdę, ów wcale nie mały zbiór, bo obejmujący około dwóch tysięcy pozycji, przejrzałem już kiedyś pobieżnie. Z owymi zdjęciami wiązałem nadzieję ujrzenia codzienności sprzed lat. Niestety autor owych ujęć popełnił grzech, który popełnia większość z nas. Zapomniał o tym, co zwykłe.

Weźmy pierwsze z brzegu pudełeczko. Wycieczka do Zakopanego, rok siedemdziesiąty. Chętnie przyjrzałbym się Zakopanemu przed lat czterdziestu. Ówczesnej modzie, ulicom, tamtejszym karczmom. Co my tu mamy? Kwiatek. Ładny, ale zupełnie ponadczasowy. Znowu krokusy, już podobno takie się pojawiły w Gorcach. Następny widoczek, ptak na drzewie. Koniec. Nie ma Zakopanego.

Może jakieś pudełeczko ze środka. Warszawa, sześćdziesiąt osiem. O, to będzie ciekawe. Warszawa okiem Krakusa sprzed czterech dekad. Pomnik Syrenki. Ale tylko detal, zupełnie jak dziś. Jacyś ludzie zasłaniają fajny widok na ulice pełne dziwnych samochodów. Znowu owi ludzie na tle muru. Aha, to taka pamiątka z wycieczki uwieczniająca uczestników. Cały czas te same twarze na nieciekawym, nieidentyfikowalnym tle. Koniec. Szkoda, mało tej Warszawy.

A tu pudełeczko bez opisu. Łąka. Ach, jak wszyscy lubią tę małą głębię ostrości! Całe pudełko zdjęć z łąki. Trochę nudnych zdjęć, na dodatek nadgryzionych czasem.

Tak, sprawdziłem sporo pudełeczek. Niestety, nie znalazłem, czego szukałem.

Dziś sytuacja wydaje się być zupełnie inna. Internet sprawił, iż pokazuje się wszystko i w niesamowitej ilości. Każdy skandal, każdy sukces, porażka, nieszczęście zostaje ofotografowane do przesady i wysłane na kraj świata. Przeglądając newsy wręcz irytujemy się, gdy wydarzenie zamiast ilustracji sąsiaduje ze zdjęciem — symbolem. Choćby słynny anonimowy wóz policyjny na części wydarzeń, w których służby te miały jakiś udział.

Każde wydarzenie kulturalne, masowe, rodzi olbrzymie ilości samozwańczych fotoreporterów. Faktem jest, znakomita większość powstałych tak fotografii znika dość szybko wraz ze zniknięciem komputerów, dysków, stron. Jednakże nawet tego, co pozostaje, nadal jest bardzo dużo i patrząc na rozwój, nazwijmy to ogólnie „przepływu informacji”, jestem pewien, że będzie dostępne po kres ludzkości.

Tylko jest tu pewien haczyk. Kiedy zwykle chwytamy za aparat? Czy to my, czy to profesjonaliści zajmującymi się tym na co dzień? Właśnie wtedy, gdy dzieje się coś niezwykłego. Spójrzmy w nasze albumy: większość zdjęć to czas świętowania, spotkania rodzinne, wyjazdy. A gdzie jest codzienność?

No właśnie. Codzienność jest nieatrakcyjna, jest... codzienna. Box, w którym spędzamy osiem godzin dziennie od wielu lat: cóż tam ciekawego? A zapytam — kto z was ma zdjęcie z owego boxu? Kto udokumentował to, co zajmuje mu większość życia? Kto ma zdjęcia żony robiącej obiad? Dziecka odrabiającego zadanie? Albo zdjęcie dziecka w szkole, ale nie takie klasyczne tablo, które robione jest raz w roku. Idźmy dalej. Dojazd do sklepu, do pracy, w samochodzie, w autobusie. Zakupy, kolejka przy składaniu PITu, odkurzanie mieszkania, a nawet otwarta lodówka. Nie chcielibyście zajrzeć do waszej, konkretnie waszej lodówki przed trzydziestoma laty?

Pamiętajcie: codzienność jest tym, co będzie najciekawsze za lat wiele, nie tylko dla nas, ale dla każdego, kto odnajdzie owe zdjęcia. Czasem warto pomyśleć, że nie tylko pierwsze krokusy warte są swojego pudełeczka, ale coś zupełnie z pozoru nieinteresującego.

Ruchome obrazki

Witajcie dziś z drogi na Luboń Wielki w Gorcach. Deszcz pada, błoto, to lubię najbardziej.

O rewolucji, jaką niewątpliwie w lustrzankach jest podgląd obrazu przez zrobieniem zdjęcia, czyli tak zwany tryb live view, powiedziano już wiele. Chciałbym i ja dorzucić tu swoje trzy grosze, zwłaszcza że obserwacje, które poczyniłem są nieco mniej znane.

Wyobraźmy sobie, że przyszło nam sfotografować wózek (taki dla dziecka), a ściślej kilka zdjęć owego wózka z identycznej perspektywy, ze zmieniającym się nachyleniem rączki czy podnóżka. Typowe zdjęcia do katalogu, w którym będą widoczne poszczególne etapy rozkładania owego przedmiotu. Nie musi to być zresztą wózek, może być to cokolwiek przestrzennego, miejscami ażurowego — rower, suszarka na bieliznę czy klatka na papugę.

Wydawać by się mogło — prosta sprawa — bierzemy ów wózek, tło, lampy, statyw i wykonujemy kilka ujęć po kolei przesuwając ruchome elementy. Oczywiście aparat mocujemy trwale by perspektywa ujęć była jednakowa. Gdzie problem? Problemy są dwa.

Zacznijmy od autofocusa. Punktów wyboru mamy niewiele i niestety, w praktyce bywa, iż akurat żaden z nich nie wypada w miejscu, w którym znajduje się płaszczyzna nas interesująca. Można oczywiście skierować któryś z punktów w konkretny detal przedmiotu, wyostrzyć, wyłączyć automatykę i przekadrować ujęcie. Można zaufać temu, co w wizjerze wydawać się nam będzie ostrym, jednakże nie polecam tego na dłuższą metę. Można wreszcie ujęcie mocno przesłonić, co nam da dużą głębię ostrości, licząc się z koniecznością podkręcenia czułości, gdy braknie mocy w lampach. No i tak się robi, a raczej robiło.

Drugi problem polega na tym, że po kilku godzinach pracy w takich warunkach czujemy się mocno niekomfortowo. Albowiem wpatrywanie się w maleńki wizjer (jakikolwiek by on nie był, zawsze będzie zbyt ciemny i zbyt mały) z wysokości często tak niefortunnej, że ani przy tym stać, ani usiąść, jest wyjątkowo niemiłe. No i nie zapominajmy o tym, iż większość wizjerów nie obejmuje całego kadru, co może nam sprawić niemiłą niespodziankę albo narazić nas na niepotrzebne straty pikseli.

I tak oto tryb live view rozwiązuje oba problemy. Raz — dostajemy precyzyjny autofocus, któremu możemy wskazać praktycznie dowolny fragment kadru. Jego spora ślamazarność nie będzie w naszym wypadku żadnym problemem. Dwa — już sam wyświetlacz na tylnej ściance aparatu jest wygodniejszy od wizjera, gdy ów aparat mamy zamocowany do statywu. A nic nie stoi na przeszkodzie, by podłączyć sobie duży monitor, na którym kadrowanie będzie bardzo komfortowe.

Zmiana pracy w studio jest wręcz rewolucyjna i wciąż się dziwię, że ów przewrót nie jest oczywisty dla wielu zawodowych fotografów. Ale tak naprawdę to nie jest rewolucja, a powrót do tego, co mieliśmy przed laty. Bo czymże był wielki aparat skrzynkowy z matówką wielkości ekranu notebooka?

Inny przykład ze studia, który zdarza mi się często w praktyce. Zbliża się nowy sezon, powstaje nowy folder. Zwykle nie wszystkie produkty zostają wymienione, często bywa tak, iż do serii dochodzą nowe wersje kolorystyczne. Powstaje problem: należy odtworzyć jak najdokładniej perspektywę ujęcia, które wykonywaliśmy poprzednio, by cała seria umieszczonych obok siebie produktów wyglądała spójnie. Życzę powodzenia przy zerkaniu raz w wizjer, raz w katalog. A live view? Wystarczy zestawić obok siebie, czy to fizycznie — wydruk i obraz z wyświetlacza, czy to w okienkach na monitorze, oba ujęcia, by po chwili manipulowania statywem i ogniskową otrzymać praktycznie identyczne kadry.

Na koniec propozycja ciekawej zabawy. Widzieliście z pewnością pary ujęć z cyklu „wczoraj i dziś”? Każdy z nas ma chyba jakieś archiwalne zdjęcia interesujących miejsc, które uległy dużej zmianie. Proponuję odnaleźć punkt, z którego wykonano archiwalną fotografię i właśnie za pomocą live view jak najdokładniej odtworzyć warunki historycznego ujęcia. Tak zgrane pary szczególnie przemówią do nas o mijającym czasie.

Oszukać przeznaczenie

Witam was dziś z pokładu trzydziestopięcioletniego Autosana. Jadę gdzieś na południe, ale dokładnie nie wiem dokąd. Gdy spodoba mi się widok za oknem, po prostu wysiądę. Jedzie nas trójka, razem z kierowcą. Tu z tyłu jestem zupełnie sam. Myślę, że nikomu nie będę przeszkadzał jeśli rzeknę parę słów.

Minęło kilka dni od święta, które nazwałbym świętem fotografii. Początek maja bowiem to czas masowych wypraw po półrocznej przerwie i związane z tym masowe fotografowanie. Jednak nie będziemy rozmawiać o zdjęciach, a o tym, co dalej. Jak to wygląda najczęściej?

Z majówki zwykle przywozimy tak zwaną „kartę”. To nieprecyzyjna jednostka ilości zdjęć, oscylująca wokół kilkuset, czasem kilku tysięcy. W części przypadków czas życia zdjęć określony jest z góry do najbliższego długiego weekendu, czyli w naszym przypadku nieco ponad miesiąc. Wtedy to, tuż przed wyjazdem, gdy w panice będziemy ładować akumulatory, sformatujemy kartę, by uzyskać miejsce na kilkaset nowych fotografii. Najczęściej jednak zdjęcia jakiś czas po naświetleniu zostają przegrane na dysk komputera. I tu także, statystyka rzecze o długości życia zdjęć wyrażonej długością życia dysku, rzadziej systemu operacyjnego czy całego komputera. W rzadszych przypadkach zdjęcia zostają poddane procesowi, który za zadanie ma przedłużyć czas ich istnienia, popularnie znanemu zrobieniem kopii.

Do istnienia zdjęcia potrzebne jest jeszcze jego oglądanie. Tutaj niejako etapów jest kilka. Pierwszy: zdjęcia zostaną oglądnięte natychmiast bądź wkrótce po naświetleniu. Oczywiście zdjęcia będą oglądane na wyświetlaczu aparatu. W przypadku, gdy nie będzie im dane przenieść się w nieco bezpieczniejsze miejsce, raczej będzie to ich ostatnie oglądanie.

Fotografie, które wylądują na dysku, mają sporą szansę oglądania w ramach chwalenia się tym, co się widziało i gdzie się było. Jako tak zwany pokaz slajdów, w ramach galerii foto na jednym z internetowych albumów i w mniejszej ilości, w mailach. To drugi etap.

Trzecim etapem jest przeglądanie zdjęć po latach, którego motorem jest sentyment do czasów odległych. By to było w ogóle możliwe, zdjęcia muszą do tego czasu przetrwać. Ich wartość obiektywna często wzrasta, a emocje z nimi związane nabierają innego charakteru. Pozwolę sobie teraz pokrótce przedstawić mój własny scenariusz działań umożliwiający zachować uwiecznione chwile jak najdłużej.

Pierwszy etap to sortowanie. To najtrudniejszy etap, ale konieczny: trzeba wykazać się męskością wyrzucając wszystkie powtarzające się, nieczytelne, nieudanie technicznie, nieciekawe kadry. Zaręczam, kto tego nigdy nie robił, może zejść nawet do dziesiątej części ilości początkowej.

Następnie zakładamy folder o nazwie rok, miesiąc, dzień, krotki opis. Na przykład „2009 05 01 Majówka z ciocią w Pcimiu”. Wszystkie zdjęcia ponumerujmy kolejno używając na przykład narzędzia do zmiany nazw plików z Total Commandera. Taki klucz odkładania zdjęć do archiwum umożliwia łatwe ich przenoszenie pomiędzy platformami różnego rodzaju. Gdy przy naszych zdjęciach majstrowaliśmy którymś z programów graficznych, możemy pozostawić oryginały. Ale zadajmy sobie pytanie: czy kiedykolwiek do tych oryginałów sięgniemy?

Kolejnym etapem jest zakup dwóch różnych dysków przenośnych. Mogą to być zwykłe, najtańsze dyski, trzy i półcalowe w obudowach, które można podłączyć za pomocą jednego z trzech standardowych interfejsów. Zwróćmy uwagę, by każdy dysk, łącznie z tym w komputerze, był inny. Uchroni nas to przed kłopotami wadliwych serii. Na każdy z dodatkowych dysków skopiujemy nasz folder i wszystkie następne, a także poprzednie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliśmy. Ale nie naraz. Jeden z dysków najlepiej niech leży w innym mieszkaniu, gdzie bywamy raz w miesiącu. Zabierzemy wtedy drugi z dysków ze świeżą kopią i wymienimy je. Nie róbmy kopii częściej niż co miesiąc. Do bieżącego kopiowania używajmy pendrive'a.

Po pięciu latach wymienimy jeden z dysków, po kilku następnych, drugi. Za każdym razem skopiowanie całego archiwum zajmie nam kilkadziesiąt minut. Znacie mniej czasochłonne metody?

Kto bardzo się boi o swoje zdjęcia, niech założy kilka albumów w internecie. Tylko to już wymaga odrobinę więcej nakładów czasowych.

Podoba mi się ta góra za oknem. Chyba tu wysiądę.

Dobry uczynek

Witajcie znów w deszczu i burzy, gdzieś między Kalwarią, a Zembrzycami. Dziś porozmawiamy o portretach. Nie czuję się szczególnie uzdolnionym portrecistą, ale paradoksalnie może to pozytywnie wpłynąć na moją próbę analizy zjawiska.

Cóż to jest portret? Przygotowałem sobie zawczasu definicję znalezioną w sieci: portret to przedstawienie osoby, odwzorowanie jej wyglądu zewnętrznego, a czasem także cech osobowości. No i pięknie, można teraz chwilę pomilczeć i powiedzieć „do usłyszenia”.

Rzućmy jednak okiem na kilka portretów z miliardów dostępnych w internecie. Znajdziemy cały wachlarz idei: od skrajnego wyobrażenia ideału piękna, przez beznamiętne obrazy reportażu będącego świadkiem chwili, po peryferie uczuć i emocji, gdzie portret w rozumieniu ogólnym rozpływa się w poszukiwaniu formy. Po co fotografujemy ludzi?

Najczęściej z próżności. Nie oszukujmy się, znakomita większość zdjęć przedstawiających ludzi powstała świadomie po to, by ukazać bohaterów zdjęcia w chwale. Buduje ją miejsce — tropikalna plaża, sawanna, wielkie miasto z drapaczami chmur, buduje przedmiot — drogi samochód, dom letniskowy, buduje inny człowiek — dzieci, kobieta czy mężczyzna, budować może uroda samego bohatera (co — pamiętajmy — jest odczuciem subiektywnym). W końcu chwałę może dać portret jako jakość sama w sobie, gdzie bohater fotografii jest mniej istotny. To zjawisko szczególnie mocno rozwija się ostatnio.

Fotografujemy także ze względów sentymentalnych, by zatrzymać coś ulotnego. Nazwałbym to „czystą ideą”. Przede wszystkim dzieci. Rodzice fotografują swoje pociechy, bo najpierw się nimi cieszą, ale zaraz potem widzą też, jak one szybko rosną zmieniając się z miesiąca na miesiąc. Symetrycznie, choć nie z takim natężeniem, fotografujemy tych, którzy wiele już w życiu widzieli. O ile dzieci traktowane są dość żywiołowo (również przy ich współudziale), dla starszych mamy więcej spokoju i odsetek portretów, które możemy uznać za udane, jest wyższy.

A co z tak zwanym środkiem? Zupełnie niesprawiedliwie nie mamy dlań czasu. Jednak zapomniałbym jeszcze o jednym etapie, który ów „środek” rozpoczyna. Fotografujemy naszą wybrankę, dziś rzekłbym — coraz częściej wybranego, gdyż to kobiety lawinowo sięgają po aparat. Amor, prócz wzbudzenia wielu niedorzecznych działań, każe nam fotografować. I dobrze. Jednak wróćmy do tego, co potem. Wspominałem o tym kiedyś, potem następuje czas zwyczajny i nasze zabawy fotograficzne tracą na sile. A szkoda.

Zastanówmy się teraz nad tym, co nurtuje tak wielu fotografujących. Czy pokazywać prawdę, czy fałsz? Szkoły są różne. Konserwatyści chcą prawdy, także bolesnej. Poszukiwacze wyszukanej estetyki pragną współczesnej Afrodyty, zapominając jednak, pogrążywszy się w Photoshopie, o granicy, gdzie wyszukane zamienia się w niewyszukane. Reporterzy stojąc trochę pomiędzy, zarzekają się iż prawda jest ponad, ale jednak, nieco może zazdroszcząc kreatorom, obchodzą swój obiekt dookoła szukając tego jedynego, szczególnego punktu. Czy kłamstwo jest grzechem? Odpowiedzmy sobie najpierw na pytanie — po co ten portret?

Niejeden z was był świadkiem jakże miłego wydarzenia. Oto po sesji, w której miał udział, bohaterka (najczęściej) otrzymywała pakiecik swych fotografii, z niedowierzaniem rozsyłała co lepsze tu i tam, by po chwili czytać komentarze wręcz uskrzydlające. Może być to tylko miły, nic nie znaczący epizod w życiu, ale uwierzcie — może to być kamień milowy. I bynajmniej, nie mam na myśli mitycznej już chyba kariery modelki.

Gdzie zatem równowaga? No, moi drodzy, ale skąd ja mam to wiedzieć? Wiem tylko jedno: umiar jest cnotą.

Wielka woda

Mosty zamknięte, drogi zalane, można jedynie pospacerować niedaleko. Witam was dziś znad Wilgi, małej na co dzień rzeczki przepływającej przez Kraków, która w tej chwili ryczy swym żywiołem. Doprawdy, niełatwo mi dziś wybrać konkretny temat. Powódź, co przynosi, każdy widzi i trudno cokolwiek tu komentować.

Jednak uczciwie przyznajmy, pomijając grozę i zło owego nieszczęścia, wielka woda przyciąga fotografów. I tych, na co dzień niefotografujących, amatorów szukających doznań wręcz estetycznych jak i zawodowych dokumentalistów. I przy tym wszystkim mało kto zdaje sobie sprawę, że w historii takich kataklizmów w naszym regionie chyba pierwszy raz dokumentacja tak szybko i tak szeroko obiega świat. Wystarczy wejść na jakikolwiek portal informacyjny, by ujrzeć setki ujęć z dziesiątek miejsc. Oto dziennikarstwo jakie znaliśmy odeszło w przeszłość. Każdy może pokazać, każdy może zobaczyć. Jeszcze niezbyt doskonałe zdjęcia, jeszcze za dużo magenty, a film nieostry szarpie. Ale to kwestia kilku lat. Aparaty nowych modeli telefonów, już nawet te w najniższych cenach, swymi rzeczywistymi parametrami sprostają każdej stronie z wiadomościami.

Niewątpliwie największym czynnikiem skłaniającym do pokazywania i oglądania takich obrazów jest ciekawość. Zjawisko, na szczęście nieczęste, wywołuje zainteresowanie, a bezpośredni świadkowie czują potrzebę pokazania owego światu.

Lecz nie tylko chęć poznania czy wręcz pochwalenia się ujęciami jest siłą sprawczą powstania takich zdjęć. Również dokumentacyjna wartość obrazów klęski powodziowej jest nieoceniona. Z jednej strony potrafi zmiękczyć serca znacznie lepiej niż potok słów. Dzięki temu ci, co mają pomogą tym, co utracili. Z drugiej strony myślę, choć może raczej chciałbym w to wierzyć, iż ktoś, kto postanowi zamieszkać w miejscu potencjalnie niebezpiecznym, przeanalizuje scenariusz, który może się przydarzyć w przyszłości. Lepiej bowiem poświęcić wodzie odpowiednio wyżej znajdującą się, niezamieszkaną piwnicę niż pokoje wraz z dobytkiem.

Zdjęcia mają też całkiem realną wartość ostrzegawczą. Gdy patrzę na te choćby zalane po dach samochody myślę, że przecież tak niewiele trzeba było, kilka minut wręcz, by to wszystko uratować. Jedno zdjęcie przesłane komórką z miejsca, gdzie dramat się rozpoczyna i nierzadko parę godzin pozostaje by ratować dobro.

W końcu też zdjęcia potrafią uspokoić. Ileż to trosk i lęków o bliskich? I znowu, jeden obraz nie raz jest cenniejszy od wielu słów. Współczesny telefon, jak się okazuje, pracujący w strukturze dość odpornej na katastrofy, umożliwia i zrobienie zdjęć, i przesłanie ich. Korzystajmy z tych dobrodziejstw, pokazujmy naszym bliskim siebie.

Wrócę jeszcze do niedoskonałości technicznej ujęć, o której wspominałem. Czy zauważyliście pewne zjawisko? Otóż, niewielu jest takich, którym ta marność przeszkadza. Albowiem zdjęcia dokumentujące zdarzenia wywołujące emocje są niejako zwolnione z tego obowiązku. Poruszający temat przykrywa mankamenty, które nam nie przeszkadzają nam albo wręcz są niewidoczne. Ulgę tę dostajemy tutaj z racji tematu. Wyciągnijmy z tego wniosek taki, iż temat interesujący, nietuzinkowy, potrafi zamaskować niedostatki sprzętowe czy nawet warsztatowe. Możemy to wykorzystać już w czasie, gdy opadnie woda i emocje. Nie namawiam bynajmniej, by darować sobie warsztat opierając się wyłącznie na porywającym temacie. Jednakże bez kompleksów nieopanowania Photoshopa czy braku profesjonalnego sprzętu, będziemy w stanie stworzyć porywającą opowieść. Jeśli oczywiście będziemy mieć pomysł.

Czego wam stąd, spod szalonego wodospadu życzę, jak również w końcu słońca.

Hej, jedziemy na wycieczkę!

Zawsze chciałem nagrać kilka słów w tramwaju. Witam was dziś z krakowskiej osiemnastki.

Ostatnio, przypadkiem (co dość typowe przy przeglądaniu internetu) znalazłem artykuł o wakacjach fotografa. Takie pozycje, jak co roku o tej porze, będą się teraz pojawiać często. Typowy poradnik co zabrać, jak chronić, gdzie jechać, jak fotografować. I znowu spróbuję wyrazić swoje myśli na ów temat, już chyba tradycyjnie, z nieco innego punktu widzenia.

Charakterystyczną cechą wszelkich planów wakacyjnych jest duży udział, nazwijmy to, pierwiastka sprzętowego. Wybierający się w góry wezmą najlepsze buty na jakie sobie mogą pozwolić, kijki, ale i kompas, który najpewniej przejedzie się schowany gdzieś na dnie plecaka czy ciężką lornetkę, którą użyją może raz czy dwa.

W dyskusjach poruszających takie tematy zawsze ściera się praktyka z teorią. Z jednej strony życie najczęściej pozostawia ten kompas ukryty przed słońcem ale z drugiej — dlaczego nie mamy się czasem cieszyć z zabawek jak dzieci? Jest to wartość sama w sobie, może czasem wyśmiewana, może trochę się jej wstydzimy, ale w końcu radość przynosi, a i do rozwoju gospodarczego się przyczynia. Wróćmy do naszych fotograficznych planów wakacyjnych.

Zacznijmy od problemu „gdzie”. Nieliczni pojadą w miejsca bardzo oryginalne, jednak większość skorzysta z ofert komercyjnych. Czy to będą wyspy na Atlantyku, czy Wyspa Wolin, wspólną cechą jest to, iż widoki, które można tam zastać, zostały sfotografowane dokładniej niż wszystkie topowe modelki razem wzięte. Czy warto będzie przystąpić do następnego pokolenia fotografujących wpadające w morze słońce? I tak, i nie. Tak, bo to przecież zjawisko estetyczne, którego udział jest niezbywalny. Patrzmy, podziwiajmy, zróbmy sobie zdjęcie. Nie, jeśli chcemy zainteresowania naszym przeżyciem. Zachodów, wschodów, widoczków pięknych jest zatrzęsienie. Może nas spotkać rozczarowanie, ponieważ niewielu podzieli nasz entuzjazm. Już lepiej napiszmy o tym wiersz.

Ale przecież nawet w lipcowej Łebie możemy zrobić świetny materiał. Zamiast na plażę, podjedźmy raz w głąb lądu. Ileż to ciekawych miejsc, zapomnianych wiosek, tak malowniczych, tak pierwotnych w formie, bez billboardów, zgiełku, plastiku. A jeśli koś woli inne tematy? Dla reportera jest to raj. Tyle charakterystycznych zachowań, zjawisk społecznych. A dla tych, co nie lubią plaży ani ludzi — może czas na zabawę z makrofotografią? Można ją uprawiać praktycznie wszędzie, a sam sprzęt w plecaku raczej wiele miejsca nie zajmie. Makro wymaga za to cierpliwości i czasu, czego na wakacjach mamy pod dostatkiem.

Problem następny: co zabrać? I tutaj rzecz nie jest oczywista. Pierwszą myślą jest torba pełna wszystkiego. Obiektywy — jakie tylko mamy, lampa, dużo akumulatorów, przejściówki, kabelki, bank danych, bo na pewno nam braknie miejsca na kartach, a poza tym backup trzeba robić. Statyw, mały statyw, filtry, pierścienie, pędzelki, ściereczki, a nawet gruszka do dmuchania. Pięć kilogramów czy dziesięć? A na ile tysięcy wyceniamy tak łakomy kąsek dla złodzieja?

I znowu ten sam scenariusz: bawi nas ta torba, cieszy każda wypchana przegródka? Dobrze, to nasze małe szczęścia, nie odmawiajmy sobie radości. Ale przyjdzie taki czas, że torba stanie się zbyt ciężka, zbyt nieporęczna. Nie bójmy się wtedy kupić mniejszej, sporo mniejszej, wybrać jeden, dwa obiektywy, to co najczęściej przydaje się w praktyce. Powiem więcej, nie bójmy się kupić tak zwanego spacerzooma. Co czeka nasze zdjęcia? Czy nie ekran komputera? Naprawdę, nie zauważymy wtedy różnicy pomiędzy takim uniwersalnym szkłem, a kilkoma lepszej jakości. Zatem powiem jeszcze więcej: może czas na mały, kompaktowy aparat? Już od roku mamy dostępne zgrabne aparaciki ze matrycami lustrzankowych wymiarów. Na ich temat można mówić wiele, ale ja tylko powiem jedno: wydaje mi się, że jest to właśnie sprzętowa przyszłość wakacyjnej fotografii. Czasz wysiadać, do usłyszenia.

Atelier

A dziś witam z własnego balkonu. Następny długi weekend mokrym się stał. Plany fotograficzne niejednego z was upadły. Bateryjki naładowane, karta sformatowana, niejedna. Smętnie tak leży torba przygotowana i nic. Nie będziemy narzekać. Przygotujemy się konkretnie do fotografii niezależnej od deszczu, do domowej fotografii studyjnej. O portretach, sposobie i celu robienia takich zdjęć mówiliśmy. I nie tylko o portretach. Dziś zajmiemy się czysto sprzętowymi rozwiązaniami.

Domowa fotografia studyjna różni się od niedomowej budżetem. Dotyczy to sprzętu i miejsca. Oba zagadnienia są oczywiste. Dodatkowe obciążenia pasji wydatkami na lampy i osprzęt nie jest sprawą łatwą, a organizacja kilkunastu metrów kwadratowych na wyłączność praktycznie niemożliwa. Czyż zatem nie ma szans?

Nawet w najskromniejszych warunkach damy radę stworzyć ujęcia, które ograniczeń nijak nie zdradzą. Nie dajmy sobie wmówić, że to nie ma sensu, mimo iż w wielu miejscach coś takiego usłyszymy. Wymieńmy pokrótce, co nam będzie potrzebne. Jednak wcześniej zróbmy podział fotografii studyjnej wedle wymiarów tego, co zechcemy fotografować. Ogólnie możemy dość nieprecyzyjnie zdefiniować obiekty jako małe i duże. Małe to takie, których wymiary nie przekroczą powiedzmy trzydziestu centymetrów. Zacznijmy od nich.

Dobrą wiadomością jest to, iż wyposażenie, może nie tak bardzo firmowe, ale zupełnie przyzwoite, jest dość tanie. Do małych przedmiotów na początek najlepiej będzie kupić tak zwany namiot bezcieniowy. Za kilkadziesiąt złotych dostaniemy składany sześcian z białej tkaniny, z wyciętym otworem, w którym będziemy umieszczać fotografowane obiekty. Oczywiście musimy ów namiot oświetlić. Metod jest kilka, najtańsze obejmują odpowiednią żarówkę, a ściślej świetlówkę fotograficzną, podobną do zwykłych świetlówek energooszczędnych, jednak oddającą barwy o wiele dokładniej. Możemy taką świetlówkę umieścić w dostępnej oprawie, choć lepiej będzie nabyć dedykowaną, już z wygodnymi regulatorami pozycji. Inną metodą, trudno jednoznacznie określić, czy lepszą, będzie zakup studyjnych lamp błyskowych. W najprostszej postaci wyglądają jak nieco przerośnięte żarówki. Montujemy je w zwykłych oprawach. Najlepsze będą jednak lampy z prawdziwego zdarzenia, za które trzeba będzie zapłacić nieco ponad dwieście złotych. I znowu pytanie o moc, bo głosów stawiających ową siłę dość wysoko jest wiele. Otóż, spokojnie w warunkach domowych wystarczy sto watosekund.

Lampy umożliwią nam fotografowanie obiektów niemieszczących się w namiocie bezcieniowym. Zresztą i małe przedmioty czasem będzie trzeba z niego wyciągnąć, by nadać światłu charakter. Lampom potrzebne są różne ustroje, by światło kształtować. Na początek wystarczy to, co najtańsze — parasolki. Kosztują mało, po sesji tworzą zgrabny rulonik, a działają lepiej niż się to wydaje. Ile lamp? Znowu co opinia, to inaczej. Zacznijmy od jednej. Przyda się wtedy powierzchnia do odbijania części światła, którą ustawimy po przeciwnej stronie lampy, zwana blendą. Może to być zwykły kawałek białego styropianu, niedrogo kupimy składaną, samonapinającą się blendę z różnymi powierzchniami. Lampie jak i blendzie potrzebny będzie statyw. I tu złota rączka coś skonstruuje, aczkolwiek ceny statywów gotowych także są niewysokie.

Ostatnią niezbędną rzeczą jest tło. Najbardziej uniwersalna będzie powierzchnia biała i czarna. W domowych warunkach sprawdzi się polar: nie mnie się, sprawnie się składa i daje dobre wyniki.

Cóż zatem, w najbliższych dniach zapraszam do sklepu, a w najbliższy deszczowy weekend — do pierwszych prób. I nie zapomnijcie skorzystać z dostępnych licznie w sieci przewodników po sposobie oświetlania.

O komórkach nie szarych

Witam znad źródeł Raby. Dziś zupełnie nieambitnie. Bo jak można traktować fotograficzną funkcjonalność komórki? Ktoś kiedyś powiedział jednak coś niebywale mądrego: najlepszy aparat to ten, który mamy przy sobie. Tak się składa, że telefon siedzi przy nas praktycznie zawsze, a aparat nie. Rzekłbym nawet: wśród niezawodowców posiadanie przy sobie sprzętu fotograficznego jest odwrotnie proporcjonalne do jego jakości i ceny. Przyznajmy sami, ileż chwil nie zostało uwiecznionych, ponieważ torba pełna fotograficznego dobra leżała sobie w szafie? A aparat w telefonie? Nawet nie pomyśleliśmy o nim, gdyż z założenia wręcz nie wypada. Czy na pewno? Proponuję zacisnąć zęby i wykazać się męskością na chwilę, nazywając „to coś z tyłu telefonu” aparatem.

Na początek wiadomość: nie jest tak źle, a będzie tylko lepiej. Jednak jedno założenie jest konieczne: nie traktujmy komórki jako kompletnego aparatu dającego zdjęcia, lecz półprodukt do obróbki w programie graficznym. Aparaty komórkowe są lepsze i gorsze, acz wyjątkowo kiepskie rozwiązania odeszły już do historii.

Co możemy realnie osiągnąć? Bardzo dobrą jakość w rozdzielczości, którą nazwałbym „internetową”. Otóż właśnie zwykle oglądane zdjęcia w internecie, na stronach nie poświęconych bezpośrednio fotografii, rzadko przekraczają rozdzielczość pół megapiksela. Wielkość ta wywołuje uśmiech politowania, ale faktem jest, że przytłaczająca ilość zdjęć w sieci to właśnie takie rozmiary. Często w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy. A gdy zechcemy mieć wydruk, z takiej ilości danych otrzymamy poprawną odbitkę w formacie pocztówkowym. Oczywiście większe odbitki możemy sobie wydrukować, jednakże zdjęcie będzie cechować się wyraźną miękkością i utratą drobnych szczegółów. Przejdźmy teraz do konkretów porządkując łańcuch działań.

Pierwszym zadaniem będzie odnalezienie menu związanego z aparatem. Ustawmy najwyższą rozdzielczość i najniższy stopień kompresji. Pamięci zwykle dość, większość modeli wyposażona jest w gniazdo pamięci dodatkowej. Następnie koniecznie wyłączmy automatykę balansu bieli. To wciąż nie działa tak, jak powinno. Zwykle będzie tam niewielki wybór: światło słoneczne, niebo zachmurzone, światło żarowe. Właściwie wypada używać dwóch: światła żarowego do zdjęć we wnętrzach oświetlonych sztucznym światłem i nieba zachmurzonego na inne okazje. Nie światło słoneczne, a właśnie niebo zachmurzone. Zabezpieczy to nas przed niemiłymi, fioletowymi zafarbami, tak charakterystycznymi dla zdjęć z komórek, z którego satysfakcjonującym usunięciem radzą sobie tylko zaawansowani operatorzy programów graficznych. Tu muszę przyznać, że do ujęć w ciemnych wnętrzach komórka niespecjalnie się nadaje i nie liczmy na dobre rezultaty. Ale i tani kompakt w takich warunkach dużo lepiej sobie nie poradzi.

Kolejną, dość istotną nastawą jest regulator kontrastu. Ustawmy go dość nisko, mniej więcej w pozycji jednej czwartej. To z kolei zapobiegnie nadmiernemu przepalaniu jasnych partii obrazu, a także pozwoli odsunąć się nieco od zupełnie czarnych cieni. Możemy znaleźć jeszcze kilka innych parametrów, nie bójmy się doświadczeń, wypróbujmy je. Szczególnie wyostrzanie nie powinno być zbyt duże. Jeśli nasze zmiany możemy zapisać we własnym profilu, zróbmy to. Będziemy mogli je szybko przywołać.

Ostatnim etapem będzie obróbka naszych dzieł. Proponuję potraktować pliki jakby to były RAW—y — surowe pliki z zaawansowanych aparatów. Część oprogramowania do edycji RAW—ów akceptuje format skompresowany, oczywiście ograniczając zakres zmian z naturalnych względów. Jednakże korekta koloru i dynamiki jest w tych aplikacjach bardziej intuicyjna. O sposobie i kolejności działań nie będę obecnie mówił, nadmienię tylko, iż naprawdę dobre rezultaty wymagają dość dużego doświadczenia, zwłaszcza w maskowaniu charakterystycznej cyfrowości. Ale na początku spróbujmy działań podstawowych. Będzie dużo lepiej niż wprost z telefonu. Pora iść dalej, do usłyszenia.

Co to będzie?

Wakacje, wakacje... Większość już po. Niektórzy jeszcze w trakcie, niewielu takich, co przed. Jakiś czas temu spostrzegłem, że stosunek czasu wakacji, do nie — wakacji ma się jak jeden do sześciu i korzystnie byłoby tę zależność odwrócić. Od kilku lat z powodzeniem wdrażam tę ideę, ale to zupełnie inna historia. Witam was tym razem po prostu z własnego mieszkania.

Co w foto świecie słychać? Aparat już ma każdy, kto chciał go mieć. Podaż zdjęć już dawno przekroczyła popyt. Nie wystarczy dziś po prostu zrobić lustrzanką zachód słońca, by wywołać niewielką eksplozję emocji. Rzekłbym raczej, iż takie ujęcia wywołują już emocjonalne implozje. O tym, po co robimy zdjęcia, wspominałem już nie raz. Pierwiastek nobilitacji wśród znajomych pełni niepoślednią rolę. Zwłaszcza, że teraz światem autopromocji rządzi Facebook i podobne temu miejsca. Lecz wyróżnienie wymaga oryginalności. Zresztą, źródło jej to nie tylko pragnienie istnienia w grupie, to także wewnętrzna siła każąca szukać nowego. A nowe różne twarze przybiera. Na jednym biegunie jest rzeczywista innowacja, a więc ostatnie trendy, już serio zdobywające świat. To małe aparaty dające dobry technicznie materiał, często wyróżniające się estetycznie. Co ciekawe, wielcy tego świata wciąż milczą. Tym razem to ci „mniejsi wielcy” stali się nowatorscy. I z dużym sukcesem, bo o takim może mówić system mikro cztery trzecie czy NEX.

Zainteresowanie jest duże. Raz — zwłaszcza po wakacjach niejeden poczuł, co znaczy nosić swój dumnie rozbudowany system. Gdy spojrzy się na materiał odważniejszych, którzy porzucili wypchane plecaki na rzecz bezlusterkowców, jak wciąż pokutuje ich określenie, zauważył że różnica, jeśli jest, to raczej teoretyczna. A jak to mówią, jeśli nie widać różnicy, po co przepłacać... kręgosłupem?

Dwa — nowe konstrukcje są ogólnie powiedziawszy ciekawe. Zwykle są ładne, oryginalne, niepowtarzalne. Stylizowane albo zaprojektowane tak, by cieszyć oko oryginalnością. Posiadają także interesujące rozwiązania, które tutaj niejako łatwiej bywają akceptowalne. Główną cechą, wciąż jeszcze rewolucyjną, jest funkcja kamery filmowej. Dzisiejszy amator fotografii chce czegoś ciekawszego, nie tylko po prostu aparatu. Powstała potrzeba, jest produkt. I wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Z wyjątkiem tych chwil, kiedy trzeba płacić.

Drugie zjawisko, które powoli następuje to nowość ideologiczna. Otóż dojrzewa pierwsze w historii świata pokolenie, które nie przeszło z etapu fotografii analogowej w cyfrową. Dla nich analogi panowały w czasach zabawy klockami. Dla nich zatem aparat analogowy jest czymś nowym. I czymś oryginalnym zarazem, dostarczycielem wrażeń nieznanych klikającym w Photoshopie, wrażeń z pogranicza zjawisk nadprzyrodzonych. Oczywiście znakomita ilość zainteresowanych fotografią na kliszę wejdzie w nią na krótko, ale uczyni ten krok z zupełnie innym nastawieniem niż zwykle czyniono to dawniej. Będą ją traktować z szacunkiem wymagającym odpowiednio większego nakładu pracy. A że warsztat, dzięki i cenie, i możliwościom cyfry, wielu ma doskonały, toteż zaryzykuję twierdzenie, że czeka nas sporo bardzo dobrej fotografii „z duszą”.

Dookoła mnóstwo szkół, warsztatów, dyskusji. Świadomość powoli, ale systematycznie rośnie. Nowe formy przekazywania myśli — także obrazem, pracują. Będzie dobrze. Idę się pobawić moim nowym superzoomem. W końcu też jestem dużym chłopcem.

Podróż sentymentalna

FWP. Fundusz Wczasów Pracowniczych. Próbuję rozszyfrować skrót z talerzyka. I z koca, który mam w swoim pokoju. I zasłonek w oknach. Albowiem jestem na wczasach. Tak, wspominałem że wolę po wakacjach, ale nie zawsze można mieć to, co się chce. Konkretnie znajduję się teraz na stołówce w pewnym nadmorskim ośrodku, który jakimś cudem oparł się nowemu. Owszem, nie należy już do żadnego Funduszu Wczasów Pracowniczych, ale forma pozostała wierna czasom minionym. Może za dużo szynki. No i zasięg jest. Znaczy, jak się wyjdzie tam na górkę, niedaleko.

Jestem jednak zadowolony ze stanu rzeczy, albowiem ten unikalny już sposób wypoczynku jest także wycieczką w czasie. Zatem wybierzmy się dziś w przeszłość, dość subiektywną i wybiórczą, dodam żeby była jasność. Co nam siedzi w odmętach świadomości? Starszym bardzo prymitywne skrzyneczki na film zwojowy o nazwach Druh, Ami, młodszym niewiele bardziej skomplikowane małoobrazkowe Smieny. Większość z nas, dzieci PRL—u, właśnie takimi aparatami wykonywało pierwsze ujęcia.

Druh oraz Ami, polskie aparaty w licznych wersjach wykończeniowych, były technicznie banalnymi bakelitowymi z początku, a następnie polistyrenowymi pudełkami. Chciałoby się powiedzieć, iż z prawdziwego aparatu wykręcano kolejno części i zatrzymano się w chwili wykręcenia ostatniej, która decydowała, że jeszcze jakiekolwiek zdjęcie dało się zrobić. Obiektyw uproszczony do granic możliwości, w części modeli plastikowy, silna przysłona wykonana z blaszki z otworkiem, ratująca nieco fatalną jakość optyczną. Jeden czas nie licząc nieograniczonego otwarcia migawki; prościej się już nie dało. Ale powstawały zdjęcia i cieszą dziś, nie jakością lecz tematem i sentymentem.

Radzieckie Smieny wydawały się być luksusem. Te aparaty na film perforowany były ulubionym prezentem komunijnym mojego rocznika, czyli dzisiejszych około czterdziestolatków. Smieny, czy późniejsze Vilie, również produkowane w bardzo wielu wersjach, posiadały już prawdziwą przysłonę i zestaw kilku czasów. Obiektyw złożony z trzech soczewek był konstrukcją znacznie lepszą od poprzednich rozwiązań. O jakiejkolwiek automatyce nie było mowy, ale pomiar światła i odległości był rozwiązany bardzo pomysłowo. Otóż pierścień czasów równocześnie był wyskalowany w ikonkach pogody: dla najkrótszych słoneczko, dla najdłuższych deszcz. Pierścień przysłon wyskalowano w czułościach filmu. Można było nastawić raz i zapomnieć. No i na pierścieniu odległości oprócz cyferek widniały ikonki: buzia, dwie buzie, grupa ludzików, widoczek.

To był poziom podstawowy. A o czym marzyliśmy, gdy już co nieco fotografii poznaliśmy? To także zależy od epoki. Starsi pragnęli naszego Starta. Lustrzanka dwuobiektywowa, elegancka polska konstrukcja, bardzo przyjemna w pracy. Parametry niewyśrubowane, ale możliwość uzyskania wysokiej jakości fotografii w zasięgu. Wspaniały obraz na dużej matówce rozbudzał wyobraźnię. Radziecki ubogi krewny, zwłaszcza jeśli chodzi o precyzję — Lubitel. Prawie Start, który był prawie Mamiyą.

Młodsi śnili o Zenicie lub Praktice. Dla odmiany mały obrazek i wymienne obiektywy. Zenit, zawodny, o ograniczonych parametrach migawki, umożliwiał jednak wiele dzięki szerokiej, jak na warunki tamtego miejsca i czasu, ofercie obiektywów. Podstawowy, jasny Helios (do dziś w cyfrówkach potrafi pokazać pazury), seria wąskich, bardzo udanych Jupiterów, szerokie Miry. I nieco zbyt wąskie, szesnastomilimetrowe rybie oko można było znaleźć, i lustrzane potwory pięćset i tysiąc milimetrów. Droższa Praktica była socjalistycznym szczytem techniki dla mas. Niemiecki producent jednak coś znaczył. Pierwsze aparaty z automatyką, szeroki wachlarz czasów, później bagnet, niczym w kapitalistycznych rozwiązaniach, nieco lepsze obiektywy.

Wiele można wymieniać: dalmierze oparte o przedwojenną Leicę: Zorka, Kiev, Feed, niemiecka Exakta, że o sprzęcie na rynki profesjonalne nie wspomnę. Ale muszę kończyć, bo zupa mi stygnie. Do usłyszenia.

Trójwymiar udawany

Witam was dziś z pędzącego pociągu. Czysto, przyjemnie, za oknem z szybkością trzystu kilometrów na godzinę mijamy naszą piękną ziemię ojczystą. Żartowałem. Mógłbym co prawda nabrać was na ten cały pociąg, ale jego opis zdradza fantazjowanie. Tak naprawdę nigdzie nie jadę, ponieważ pracy mam więcej niż ilość spółek kolejowych. Tak, czasem i ja muszę popracować chwilkę. Temat, który chcę dzisiaj poruszyć ma jednak coś wspólnego z pociągiem. Jak myślicie, co to jest: przed wojną było popularne i działało dobrze, potem było już coraz gorzej, a teraz niby się mówi, że ma być lepiej, ale na tym się kończy? To oczywiście stan polskiej kolei. Ale to także historia Trzy De.

Obrazowanie trzech wymiarów nie powstało na potrzeby Avatara (choć niektórym tak się wydaje). Historia 3D jest równie stara jak fotografii w ogóle. A nawet starsza, gdyż zjawisko znano wieki wcześniej. Tak naprawdę trzy wymiary świętowały swą popularność na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego, praktycznie do lat trzydziestych, za sprawą urządzenia o nazwie fotoplastikon. Idea była prosta: zestawić w pętlę najczęściej dwadzieścia pięć par slajdów ustawiając naprzeciw dwadzieścia pięć par lup do ich oglądania. Powstawała swego rodzaju duża beczka nawiercona w dwudziestu pięciu miejscach, z przylegającymi stołeczkami. Co kilka sekund pętla przesuwała się o jedno ujęcie i wszyscy oglądający mogli się cieszyć kolejnym widoczkiem. Materiały były stereoparami czyli zestawami dwóch ujęć wykonywanych podwójnym aparatem, mającym dwa identyczne obiektywy w odległości zbliżonej do rozstawu oczu człowieka. Aparatem takim wykonywano owe dwa kadry równocześnie. I to jest cała tajemnica powstawania obrazów trójwymiarowych.

Metod powstawania obrazów jak i oglądania było znacznie więcej. Mistrzowie pędzla potrafili malować takie obrazy wprost z ręki. Popularne wtedy były niewielkie przeglądarki skrzynkowe, mające z jednej strony parę soczewek, a z drugiej miejsce na naświetloną parę ujęć w postaci fotografii. Poszczególne kartoniki wkładano ręcznie i obserwowano efekt przez soczewki. Jak z wszystkimi urządzeniami, przeglądarki te bywały czasem małymi dziełami sztuki. I dziś można je spotkać i kupić, ale zwykle są to tandetne konstrukcje kartonowe z plastikowymi soczewkami. Zaletą tej technologii jest to, iż każdy może sobie sam wydrukować stereoparę, choćby na lepszej drukarce fotograficznej.

Po wojnie technologia definitywnie ustąpiła coraz doskonalszemu, acz dwuwymiarowemu kinu, a potem telewizji. Trójwymiar pojawiał się tylko jako ciekawostka: w Polsce istniało jedyne kino 3D pokazujące oczywiście radzieckie filmy, głównie przyrodnicze.

I stan ten trwał do dziś. Można powiedzieć, że rok dwa tysiące dziesiąty jest rokiem odrodzenia. Wydawać by się mogło — rozwój techniki na to pozwolił. Ale to nieprawda, 3D mogliśmy mieć (w ograniczonej jakości) od czasów telewizji kolorowej. Prawda jest taka, że jak zwykle rządzi pieniądz. Zaczęło się od strat kina. W dobie komputerów nie jest już tak atrakcyjne jak dawniej. Produkcje trójwymiarowe pozwolą przez jakiś czas ponownie przyciągnąć widzów. Bilety są wyraźnie droższe, jednak zainteresowanie jest spore. Niestety, poza kinem technologia wciąż eksperymentuje. Prawdziwym problemem jest potrzeba użycia okularów. Wyświetlacze umożliwiające obserwacje bezpośrednie, oferując wąskie kąty oglądania i przesłuchy są po prostu niewygodne. Powstają niekompatybilne technologie. Jednym słowem — jeszcze jakiś musimy poczekać.

A na razie pozostaje nam kino. Ale i tu nie jest tak dobrze jakby mogło być. Najlepsza metoda, polegająca na synchronicznym przesłanianiu raz jednego, raz drugiego oka, jest stosowana najrzadziej. Bez dwóch zdań, jeśli macie w pobliżu kino oferujące ten standard, idźcie właśnie tam. Metoda, którą proponuje Imax stosuje okulary polaryzacyjne wpuszczając odpowiednio spolaryzowane obrazy dla każdego z oczu. Wadą metody jest konieczność utrzymywania osi okularów w poziomie. Inaczej pokażą się nam przesłuchy. Niestety, najgorszy sposób jest najbardziej rozpowszechniony, co oczywiście ma przyczynę w cenie. W tej metodzie stosuje się okulary z rozbudowanym filtrem, gdzie każde ze szkieł wpuszcza inną część pasma światła. Filtr jednak nie jest doskonały i przesłuchy są dość znaczne. Po dwóch godzinach ma się dość.

Następnym razem opowiem wam jak samemu bawić się trzema wymiarami, a dziś już kończę, bo zbliżam się do swojej stacji. Żartowałem. Do usłyszenia!

Trójwymiar urzędowy

Słyszycie? Co to może być: jest wesoło, a ja czekam. To urząd. Jest kilka słów na „u”: urząd, umywalka, ustęp... Skąd takie skojarzenia? Ponieważ właśnie ostatnio fotografowałem umywalki i ustępy, ale nie tak po prostu, lecz w technice trójwymiarowej. Nie pytajcie, dlaczego akurat takie kadry, spotkały się popyt z podażą i powstały fotografie.

Ostatnio mówiłem o trzecim wymiarze z perspektywy pasywnego obserwatora. Nas jednak z pewnością będzie interesowała możliwość samodzielnego przygotowania materiałów 3D i ich oglądanie. Dziś dowiemy się w jaki sposób możemy oglądać obrazy trójwymiarowe w domowym zaciszu. Bez tego nie ma możliwości produkowania takich ujęć. Przejdźmy zatem do konkretów.

Co nam będzie potrzebne? Na dobrą sprawę nic prócz tego, co już mamy. Zwykły komputerowy monitor. I pewna zdolność, jednym dostępna, innym niestety nie. Właściwie para zdolności do wyboru (są szczęśliwcy, którzy nie muszą wybierać). Sprawność, o której mówię, polega na widzeniu krzyżowym bądź równoległym. O co w tym chodzi? Należy sobie znaleźć gdzieś w internecie stereoparę, na początek jakąś prostą, kontrastową, bez nadmiaru szczegółów. Jak pamiętamy, para taka to dwa zdjęcia jednego kadru wykonane z miejsc przesuniętych w poziomie najczęściej o kilka centymetrów. I teraz, jeśli z lewej strony znajduje się zdjęcie robione oryginalnie także ze lewej strony, mamy parę równoległą. Zamiana miejsc daje parę krzyżową.

Wrzućmy na pełen ekran naszą parę. Usiądźmy tak z metr przed monitorem. I teraz, jeśli była to para równoległa, wpatrujmy się daleko za monitor. Wyobraźmy sobie, że patrzymy za horyzont, gdzieś w chmury. Trwajmy tak mając cały czas zdjęcie przed oczyma i próbujmy powoli na nim złapać ostrość. Ale wciąż skupiajmy wzrok daleko poza. Po kilku minutach mamy szansę zobaczyć jedno trójwymiarowe zdjęcie, które powstanie z obu połówek i nabierze ostrości.

Gdyby jednak nic z tego nie wyszło, spróbujmy z parą krzyżową. Tym razem zamiast za, skupmy wzrok przed monitorem. Będzie łatwiej, gdy pomożemy sobie np. długopisem. Trzymajmy go tak, że gdy nań popatrzymy, oba obrazy z tyłu nałożą się na siebie. Nastąpi to, gdy długopis znajdzie się około dwudziestu centymetrów od naszego nosa. Odległość ta oczywiście zależy od wielkości monitora i jego odległości od oczu. Po jakimś czasie nieostre zdjęcie w tle nabierze konturu i — jeśli będzie to pierwsze takie doświadczenie w życiu — świadkowie naszych zabaw usłyszą głośne „łał”, albo coś mniej cenzuralnego.

Niestety, czasem powyższym czynnościom możemy poświęcić i godzinę nie mówiąc o łzach przy tym wylanych, a efektu nie zobaczymy. Nie oznacza to jednak, że nie dla nas obrazki z głębią. Co więcej, oglądanie krzyżowe bądź równoległe nie jest zbyt zdrowe i wygodne poza krótkimi seansami i zupełnie nie nadaje się dla filmów dłuższych niż minuta. Dlatego powinniśmy się postarać o okulary anaglifowe. Można je kupić wysyłkowo za symboliczną złotówkę i zwykle są to bardzo proste twory z kartonu z wklejonymi barwnymi foliami.

I tu mamy trzy standardy: czerwono — niebieskie, a właściwie cyjanowe, czerwono — zielone i żółto — niebieskie czy raczej fioletowe, zwane color code. Odcienie są znormalizowane. Najlepiej kupić wszystkie trzy zestawy, ponieważ każdy ma jakieś konkretne wady i zalety. Czerwono — niebieskie są najbardziej rozpowszechnione, czerwono — zielone dają najlepszą separację, ale nadają się tylko do obrazów monochromatycznych, zaś color code umożliwia przeniesienie koloru w sposób najmniej destrukcyjny, jednakże jest najmniej popularny. Tak szczerze, w przypadku okularów czerwono — cyjanowych o kolorze także możemy zapomnieć. I to jest właśnie główna wada okularów anaglifowych: każdy od razu widzi efekt, wystarczy zwykły monitor, ale z koloru nici, albo będzie on najwyżej dość marny.

Następnym razem opowiem jak robić stereopary, a dziś już kończę, bo właśnie okienko otwarli. Do usłyszenia!

Trójwymiar bałtycki

Witam was z... chyba słychać, skąd. Z miejsca, gdzie się nic nie robi. Ale nie ma lekko, trzeba coś powiedzieć. Dziś trzecia część poświęcona technologii trójwymiarowej, w której dowiemy się jak robić własne stereopary. Wiemy już, o czym mowa, wiemy także jak i potrafimy oglądać ujęcia, których w internecie można znaleźć coraz więcej. Ale nic tak nie cieszy jak własna twórczość. Co będziemy potrzebowali? Jeśli zrezygnujemy z fotografowania obiektów ruchomych, wystarczy nam sprzęt, który już posiadamy.

Zupełnie dobre rezultaty otrzymamy bez jakichkolwiek elementów dodatkowych. Kadr musi być jednak nieruchomy, wyklucza się zatem ujęcia plenerowe przy większym wietrze. Musi też gwarantować odpowiednią ostrość przy zdjęciach z ręki. Co prawda można użyć statywu, ale jego przesunięcie będzie trwało dłużej niż przesunięcie siebie samego. A każdy ruch w kadrze psuje efekt, w szczególności ruch chmur, na który zwykle nie zwracamy uwagi.

Pokrótce wykonanie stereopary tą metodą wygląda następująco. Ustawiamy aparat w trybie manualnym (ostrość najlepiej też). Wszystkie parametry ustalamy zgodnie z sugestią światłomierza, po zmierzeniu odległości wyłączamy autofokus. Chwytamy pewnie sprzęt, stajemy w lekkim rozkroku, po czym przesuwamy ciężar z jednej nogi na drugą. Wykonujemy tę czynność kilka razy tak, by nasz aparat wraz z głową, którą trzymamy przy wizjerze przesuwał się kilka centymetrów w poziomie. Gdy już opanujemy to swoiste kiwanie, zamieramy raz w lewym, a raz w prawym wychyleniu wciskając spust. Mamy szansę wykonać ujęcia po sobie w czasie jednej sekundy. Najlepiej powtórzyć zdjęcia kilka razy. Dobrze nadkadrować nieco materiału, ponieważ przy jego parowaniu będziemy obcinać boki nie będące częścią wspólną.

Gdy użyjemy statywu, po prostu lekko go przesuwamy. Odległość obu ujęć może wynosić kilka centymetrów — wtedy efekt będzie dość naturalny, ale w przypadku rozległych planów słaby lub niezauważalny. Kiedy pierwszy plan znajduje się daleko, kilkanaście bądź kilkadziesiąt metrów, nasza baza, czyli rozstaw ujęć, może być szersza. W szczególnych wypadkach, na przykład w Tatrach biegałem z aparatem niemałą chwilę, by zająć miejsce drugiego ujęcia. Oczywiście tak wykonane zdjęcia nie mają wiele z naturalnością wspólnego, ale są ciekawe niczym efekt dioramy z obiektywu typu shift.

W domowym zaciszu należy ujęcia sparować. Jest to czynność polegająca na nałożeniu na siebie odpowiednich ujęć w taki sposób, by ostatnie plany pokrywały się jak najdokładniej. Istnieje koncepcja mówiąca, że parować należy plany dominujące bądź znajdujące się w środku. Dla anaglifów zwykle jednak najlepiej wybrać plan ostatni. Można to zrobić w Photoshopie, można także w bezpłatnych narzędziach jak StereoPhoto Maker. Ten ostatni umożliwi nam także skadrowanie ujęć do części wspólnej i generację stereopar w kilku technikach. Photoshop wymaga ogólnie dostępnych akcji. Pamiętajmy, że jedynie z dwóch oddzielnych ujęć możemy tworzyć stereopary dla innych technik. Zatem archiwizujmy obrazy do krzyżoglądu lub prostoglądu, nigdy dla anaglifów. Należy też pamiętać, że kompresja JPG niszczy subtelności istotne dla anaglifa. Używajmy zatem formatu PNG.

Aby fotografować obrazy ruchome, czy też je filmować potrzebujemy dwóch aparatów czy kamer, zsynchronizowanych ze sobą. Dla filmu taką synchronizację można otrzymać za pomocą akustycznego sygnału. W przypadku fotografii potrzeba jednak wspólnego pilota. Istnieją też specjalne obiektywy, które umożliwiają zrobienie stereopar jednym aparatem. Nie są drogie i umożliwiają idealną synchronizację. Ich wada to niska jasność i niska jakość ujęć (stereopara bowiem tworzona jest z mniej niż jednej trzeciej powierzchni matrycy). Gdy jednak zechcemy bawić się tą techniką, dobrze mieć taki jeden obiektyw. Rezultaty możemy oglądać za pomocą prostoglądu już na wyświetlaczu aparatu.

Miło tak leżeć i nic nie robić. Do usłyszenia.

Kompleks małego aparatu

Witam was z Gorców, spod Jasienia. Dziś opowiem o pewnych mitach. Albowiem mamy czas premier i związanych z tym zażartych dyskusji w internetowych miejscach skupiających fotografów.

Na początek mit pierwszy, zwany przeze mnie kompleksem cropa. Jak foto świat długi i szeroki, istnieje powszechna opinia, że matryca pełnoklatkowa, czyli o wymiarach równych klatce filmu małoobrazkowego, góruje nad każdą mniejszą. W szczególności matryce standardu APS—C, najbardziej rozpowszechnione w lustrzankach, są uważane za amatorskie i budżetowe. Prawie każdy uczestnik dyskusji internetowych uważa, że owe cropy w porównaniu z droższymi, pełnymi klatkami mają same wady i wybiera się je tylko z powodów finansowych. Czasem przyznaje jeszcze, że aparaty takie są mniejsze i lżejsze i to może być jakaś zaleta, która jednak ma negatywny wpływ na jakość samych ujęć.

Mam ja na ten temat własne zdanie. Otóż rzekoma wada może być zaletą, czasem szalenie istotną. Zastanówmy się, co się stanie jeśli obiektyw przystosowany do pracy z dużą matrycą zamontujemy w aparacie z matrycą mniejszą? Jest to możliwe i powszechnie praktykowane w pięciu wiodących systemach. Obiektyw taki będzie rzucał obraz większy od małej matrycy i niejako ten nadmiar zmarnuje się trafiając na ścianki komory lustra. Ale pamiętajmy, że najostrzejszy obraz o najmniejszych zniekształceniach pochodzących z wad optycznych, mamy właśnie w centrum pola obrazowego. Zatem, gdy potrzeba nam obrazu o doskonałej jakości w każdym miejscu kadru, niepełnowymiarowa matryca sprawdzi się lepiej. Kiedy w praktyce będzie miało to istotne znaczenie? Ostatnio właśnie mam przyjemność wykonywać takie zlecenie, bowiem tworzę dokumentację fotograficzną historycznego obiektu. Potrzeba rozległych ujęć elewacji w postaci panoram złożonych ze sporej ilości kadrów. Gdyby rogi zdjęć różniły się choćby trochę od środków, tak powstałe złożenia tworzyłyby nieprzyjemną szachownicę obszarów o różnej ostrości. A tak, wszystko pięknie się składa bez możliwości określenia miejsc scalenia składników. To oczywiście jeden z przykładów, wyobraźnia podpowie wam inne. Choćby krajobrazy. Nie wygląda dobrze na zdjęciu ściana lasu tracąca szczegóły w miarę oddalania się od jego centrum.

Drugi mit nazywam kompleksem małej głębi ostrości. Charakterystyczną cechą młodych stażem fotografów jest zachwyt nad rozmytym tłem i pożądanie posiadania jak najjaśniejszych obiektywów, które takie rozmycia potęgują. Nie powiem, że nie jest to ładne. Ale jak w każdej estetyce, także tu nie należy przesadzać. Jednakże nie zawsze głębia ma być mała, czasem bywa dokładnie odwrotnie. W branży reklamowej, ale nie tej z okładek drogich czasopism, a raczej ze stron środkowych, potrzeba ujęć pokazujących produkty czysto, dokładnie, wręcz klinicznie. Nie ma mowy o tym, by jakiś fragment wychodził z płaszczyzny ostrzenia. Przepis wydaje się być prosty: ustawiamy przysłonę tak, by całość zmieściła się w obszarze ostrzenia, no i mamy problem, bo przysłona może wyskoczyć wysoko. „F” równe szesnaście, albo i lepiej. A to oznacza olbrzymią moc lamp, którą niekoniecznie musimy posiadać, to oznacza też spadek ostrości wskutek dyfrakcji. Mała matryca to mniejsza przysłona dająca podobną głębię. I problem jest rozwiązany. Dodajmy jeszcze wspomnianą przeze mnie dobrą jakość pracy w rogach zdjęcia, które obecnie, przy kadrowaniu w trybie live view możemy wykorzystać do ostatniego piksela.

Oczywiście oba mity nie oznaczają, że mała matryca będzie zawsze lepsza od dużej. Bywa zwykle odwrotnie. Ale należy pamiętać o wyjątkach, bo po pierwsze, to są wyjątki praktyczne, zdarzające się w konkretnej pracy zawodowej, a po drugie, może ta świadomość ostudzi nieco nie do końca uzasadnione pragnienie posiadania wielkiej matrycy, wielkich obiektywów i wielkiego dźwigania. Czas ruszyć dalej, do usłyszenia.

Jesień z przesuniętym widmem

Bukowina Obidowa, wieczór, przede mną Tatry. Jesień może być złota, splątana babim latem i ciepła jak choćby teraz i tu. Częściej jednak jest mniej romantyczna i takiej zwykle nie chcemy pamiętać. Gdy pogoda nie sprzyja, próbujemy zahibernować się na tyle, na ile tylko jest to możliwe przeskakując myślami do zimy, zimy oczywiście białej, śnieżnej i puchatej. A ponieważ i ta nie zawsze taka jak w marzeniach, przeskakujemy dalej, do późnej wiosny i gdzieś pół roku znika z kalendarza naszej kreatywności. A może warto złamać odwieczne zasady?

Zróbmy coś, wydawać by się mogło większości, szalonego. I wręcz nielegalnego. Wygospodarujmy, czy to w postaci urlopu, czy w inny sposób, jeden dzień w środku tygodnia. Przygotujmy sobie trasę (nie będę namawiał na pełną improwizację, choć sam tak czynię od lat). Ale niech to nie będzie najbardziej znany zakątek znajdujący się w okolicach, w których mieszkamy. Udajmy się tam, gdzie nigdy nie byliśmy. Oczywiście z aparatem. Będzie padać? A niech sobie pada, weźmy zapas ubrań, nawet drugie buty. Duży termos, coś kalorycznego. Większość pokrowców ochroni nasz sprzęt przed deszczem, nie bójmy się tak o nasze zabawki.

Zróbmy kilka takich pozornie ponurych ujęć. Kilka, nie jak to zwykle, kilkaset. Parę zdjęć zdążymy naświetlić bez szkody dla naszego sprzętu. Zawsze można poszukać jakiegoś drzewa, zadaszenia, gdzie nie pada tak intensywnie. Ustawmy zawczasu wysoką czułość, otwórzmy przysłonę. To nic, że będzie więcej szumu, nic też, że trochę nieostre. Potem już, wygrzawszy się w wannie, spójrzmy na nasze dokonania. Nie szukajmy tam smutku, a tajemnicy, świata bajki, może nieco mrocznej, ale intrygującej.

Potraktujmy takie zdjęcia jak tworzywo, z którego zbudujemy obrazy, jakich świat często nie widuje. Większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy, ile kolorów drzemie w takiej pozornej szarości. Dynamika scen niepogodnych jest niewielka, toteż za pomocą oprogramowania do obróbki graficznej możemy ją powiększać. Zauważmy, że zwykle postępujemy odwrotnie. Zatem będzie to nowe doświadczenie. Proces ekspansji dynamiki obdaruje nas fantastycznymi barwami. Już jesień sama z siebie ofiaruje wachlarz barw jak żadna inna pora roku. Bardzo miękkie światło gęstych chmur dostarczy nietypowego spojrzenia na pejzaż. Nagromadzenie owych czynników wyśle nas w świat impresji.

Kto z was lubi filmy fantastyczne? Albo horrory, tajemnice. Takie opowiadania nie dzieją się w słoneczne dni, tam zwykle jest mroczno, mglisto i mokro. Opowiedzmy własną historię. Improwizujmy albo napiszmy prosty scenariusz na serię zdjęć. Poszukajmy Człowieka w Kapturze. Czas krótkich dni nie może być czasem bez echa. Kreatywność nie powinna spać. Może pierwszy krok będzie trudny, może pierwsze krople, które przedostaną się przez skomplikowany układ kapturów, kurtek i czapek będą zimne. Ale kto raz zakosztuje wyzwania, żałować tylko będzie, że nie wcześniej.

Dziś jednak na deszcz się nie zanosi, a nawet chmur deficyt. Nie narzekam jednak, na wszystko przyjdzie czas. A teraz właśnie jest czas, by iść dalej.

Kolejowe marzenia

Słyszycie? Znowu siedzę w pociągu, gdzieś na Śląsku tym razem. Wyraźnie to słychać, w niewielu miejscach świata pociągi wydają takie odgłosy. Od wielu lat padają życzenia, żeby szybciej, czyściej, punktualniej. Czas życzeń dopiero za dwa miesiące, ale marzyć lubi każdy. Dziś zatem oddamy się marzeniom, oczywiście fotograficznym. A więc zaczynamy: chciałbym aparat, który... no właśnie, pozwolę sobie wymyślić aparat idealny, ale nie nierealny, taki z bajki o tysiąckrotnym zoomie i miliardzie pikseli. Niech to będzie sprzęt zbudowany z tego, co już istnieje albo wkrótce powstanie.

Najpierw wygląd. Tworzywo — metal czy tak zwany plastik? Bardzo nie lubię słowa „plastik”. Jest równie nieprecyzyjne co inne słowa na „P”: patriotyzm, pluralizm, podnieta... Plastikiem nazywa się już nielegalne reklamówki na zakupy (nota bene najczęściej nic nie reklamujące), które rozpadają się chwilę po odejściu od kasy. Jednak z plastiku robi się także urządzenia o najwyższym stopniu niezawodności, jak na przykład broń. Mój aparat marzeń może być wykonany z takiego właśnie tworzywa. Ostatecznie może być metalowy (metal to też pojęcie nieprecyzyjne), byle nie za ciężki. Nie za duży także.

Z kształtu wolałbym, by przypominał któregoś ze zgrabnych dalmierzy — bardziej prostopadłościenny niż nieregularny, jak współczesne konstrukcje. Powiedzmy, że w dziedzinie wyglądu coś podobnego można już znaleźć i sam od jakiegoś czasu przyjaźnię się właśnie z takim aparatem.

Następnie sterowanie, czyli filozofia klawiaturowa i menu. Tu niestety wciąż daleko do ideału. I co ciekawe, znacznie bliżej kilku kompaktom niż profesjonalnym lustrzankom. Rzekłbym nawet, im wyższy model, tym bardziej zachowawcza logika nastaw, wypracowana jeszcze w czasach, gdy cyfra nikomu się nie śniła. Mój ideał to osobne pokrętła każdego z podstawowych parametrów: czasu, przysłony i czułości. Zamiast licznych trybów pracy dwa: priorytet przysłony i pełny manual. I jeszcze jeden magiczny przycisk, który aktywowałby automat na chwilę, gdyby zaskoczył nas ciekawy kadr podczas mocno niekorzystnego dla owego kadru ustawienia ręcznego. Przycisków kilka oczywiście przydałoby się: ukazujący transparentny histogram, aktywujący samowyzwalacz, poziomicę, barwiący miejsca przepalone, podbijający czułość o zadany interwał. Ważne szalenie, bym każdy przycisk mógł dowolnie zdefiniować wedle swojego widzi mi się.

Mój aparat nie musiałby zapisywać JPG—ów, a zatem nie musiałby posiadać żadnych nastaw związanych z balansem bieli, kontrastem, ostrzeniem i tym podobnych. Co do światłomierza, wystarczy mi sprawny wielosegmentowy i ważniejszy, dobijający histogram ku prawej krawędzi przy przepaleniu mniej jak jednego promila powierzchni zdjęcia (tę wielkość oczywiście też chciałbym sobie definiować). Tak naprawdę, takiego trybu najbardziej mi brakuje od lat.

Wreszcie najważniejsze: lustro czy brak? Absolutnie bez lustra. Szybkość autofocusa sukcesywnie rośnie, a w zamian dostajemy precyzję: ostrzenia, pomiaru światła, kadrowania i ciszę.

A w co patrzyć? W dobry, wysokorozdzielczy wyświetlacz. Jeden z tyłu, odchylany, drugi malutki w formie wizjera. I jeszcze obiektyw. Chciałbym prócz klasycznych, jasnych zoomów (zakładając, że będą dobre, stałek nie potrzebuję), nietypowy duży zoom o niskim świetle, ale niewymagający przymykania. Taki powiedzmy odpowiednik dwadzieścia cztery — dwieście o jasności 6,3 albo nawet 8. Ciemny, a więc mały, na wycieczki doskonały, bo tam i tak głębia ostrości potrzebna jest duża. No i na koniec matryca: trzydzieści megapikseli przy wielkości mniej więcej standardu cztery trzecie. No to kiedy?

Strachy

Co to tak bzyka? Właśnie stoję przy serwerze pełnym tajemnic. Dwadzieścia pań przez dwadzieścia lat, dzień w dzień wstukiwało: ile kto kupił, sprzedał, czego i jak drogo. Bardzo, bardzo to wszystko tajne i jeszcze bardziej nieciekawe. Ale działoby się, gdyby te nudy wyszły stąd na świat.

Dziś o strachach. Większość nas się boi: ciemności, ciemnych kotów, ciemnych typów (generalnie ciemne prowadzi), ale też boi się dziwnych rzeczy. Na przykład tego, że ktoś się będzie patrzył. Nie na żywo, na ulicy na przykład, tam może się patrzeć do woli. Będzie się patrzył na zdjęcie. Dziwnie trochę, na żywo, mimo sporego postępu technologii, wciąż lepiej widać no i można podejść i ja wiem, pokazać język. Ale jednak większym strachem napawa nas ktoś, kto się gapi w naszą fotografię.

Boimy się większej ilości dziwnych rzeczy. Na przykład straszne może być, gdy ktoś przeczyta nasze nazwisko. Choćby na domofonie. Może sobie oczywiście iść za nami pod sam dom, to nie jest straszne (byle nie szedł w noc bezksiężycową w stukających butach). Ale gdyby tak przeczytał nasze imię, to jak gdyby skradł nam cząstkę duszy. Indianie z pewnego szczepu bardzo nie lubili, gdy robiło im się zdjęcie. Byli przekonani, że każda podobizna zabiera oryginałowi nieco duszy. To stara tradycja, ale ostatnio mocno się ożywiła.

Czasem nie potrafimy sobie poradzić z lękami. Robimy dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. To poniekąd zrozumiałe, bo dwie siły w nas działają. Z jednej strony chcemy istnieć, być widzialni, dostrzegalni, chcemy się wyróżnić. Z drugiej, boimy się tego, chcielibyśmy schować się w tłumie, gdzieś w środkowym rzędzie. Najlepiej owo zjawisko widoczne jest na portalach społecznościowych. Równocześnie zamieszczamy tam wszystko, co wpadnie nam do głowy, co ma szansę pozytywnie przedstawić naszą osobę w towarzystwie, ale zaraz wpadamy w lęk, że ktoś może to przeczytać. Przypominamy wtedy małpę z pewnego wierszyka, która próbuje opanować kran kręcąc kurkami od gorącej i zimnej wody jednocześnie. Parzy się i ziębi, a w panice nie potrafi po prostu zmieszać obu strumieni w sam raz.

Zastanówmy się jednak nad podmiotem tego strachu. Co się stanie, gdy ktoś się dowie, że ja, Adam Śmiałek, urodzony osiemnastego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, tydzień temu jechałem pociągiem? A dwa tygodnie temu oglądałem panoramę Tatr sponad Nowego Targu? Dostanę zniżkowy pakiet biletów na pociągi? W to akurat nie wierzę. To może dotrze do mnie reklama dobrych butów trekkingowych? Straszne? Ale mój łapacz spamu w skrzynce pocztowej wciąż wyłapuje takie wiadomości. Pomyślmy, czy tak naprawdę jest się czego bać? Jeśli ktoś zapragnie naszych jakże tajnych—jawnych danych, naprawdę zdobędzie je na tysiąc sposobów. O ile przy naszych zdjęciach z wycieczek nie zamieścimy numerów do kart kredytowych, możemy martwić się większymi potencjalnymi problemami.

Wróćmy do foto—strachów. Problem jest duży, bo rok po roku blokuje się wspaniała dziedzina fotografii jaką jest człowiek. W dawnych czasach, w gazetach codziennych, a potem też w telewizji, migawki z ulicy były czymś naturalnym. Nikt nie rozostrzał obrazu, nie łapał ludzi w ujęciach bez twarzy. Gdy dziś widzimy tamte obrazy, historyczne już, ludzi, którzy dziś albo odeszli, albo mocno się postarzeli, pomyślmy że nie będzie dane kiedyś pokoleniom przyszłym oglądać czegoś takiego z naszych czasów. Chyba że ktoś o to zadba.

Bo fotografia dokumentalna, ale nieinwazyjna, podglądająca lecz niesubiektywnie, fotografia, która prawie zupełnie już wyginęła z powodu zwykłego strachu, powinna nadal istnieć. I jak to z ciastem na świąteczne pierniki, które musi poleżeć i kilka miesięcy zanim nabierze smaku, niech te zdjęcia także trafią do szuflady. Tylko czas będzie dłuższy, może nawet kilka dekad. Ale kiedyś będą skarbem, taka zwykła codzienność niepozbawiona twarzy.

Zwierzam się

Witam was dziś z Beskidu Makowskiego, ale dokładnie skąd, to nie wiem, bo te góry nie mają chyba żadnej nazwy. Październikowy deszczyk pada, powoli robi się coraz zimniej. Opowiem wam dziś o tym jak wygląda dzień, w którym nagrywam większość felietonów. Bo tak naprawdę nie wiadomo, skąd się biorą te wstępne „witajcie znad...”. Otóż jak większość dużych chłopców, mam w sercu myśliwego, który raz na jakiś czas czuje, że musi iść przed siebie i daleko. Współczesna wersja owej chuci sprowadza się do organizowanych raz do roku, w miarę możliwości, wypraw w atrakcyjne turystycznie miejsca. Czasem bardzo łagodne, bywa że jest to większe ekstremum; istotne że punkt docelowy diametralnie różni się od tego, co widzimy na co dzień.

Wszyscy właściwie lubimy wakacje (pod warunkiem, że ich realizacja nie odbiega zbytnio od naszych preferencji), ale mają one podstawową wadę — zwykle zbyt szybko się kończą i zdecydowanie zdarzają się za rzadko. Nie licząc świątecznych, czy weekendowych wypraw do parku, ewentualnie jakiegoś podmiejskiego lasu, pozostałe jedenaście i pół miesiąca to czas pracy.

Poczyniłem pewne odkrycia (bynajmniej nie odkryłem Ameryki, bo to prawdy znane i w podręcznikach psychologii opisane). Otóż dzień bliźniaczy pozostałej trzysetce dni roku zwykle mija bez echa. Kto z was potrafi opowiedzieć coś o dniu sprzed miesiąca? Oczywiście jeśli należał on do szeregu dni zwyczajnych. A teraz sięgnijcie pamięcią do dni nadzwyczajnych pozytywnie. Nawet jeśli lata miną, owe wydarzenia zapadają w pamięć nieulotną, budzą radosne wspomnienia i są jednym z motorów napędzających nas ku życiu.

Myślę, że każdemu zdarzył się choć raz jeden dzień aktywnego wypoczynku wtrącony wręcz nienaturalnie w szereg codzienności. Czy zauważyliście jak dużo relaksu dało tych kilkanaście co najwyżej godzin? Niby jeden dzień, zwykle mijający bez echa, a tak dużo wszystkiego co miłe. Te właśnie spostrzeżenia sprawiły, że kiedyś postanowiłem złamać porządek rzeczy. Raz i drugi, w środku tygodnia, zamiast jak zwykle, zrobiłem coś niezwykłego. I oczywiście praktyka poszła za teorią. Jedna taka wyprawa przed siebie daje olbrzymią ilość energii. Fizycznej i psychicznej.

Zaraz pojawią się głosy, że tak się nie da, że nie można sobie nie pracować kiedy się nie ma ochoty. I tak, i nie. Bo owszem, nie każdy ma ten komfort, żeby sobie robić wagary z dnia na dzień. Ale może wystarczy tak raz na trzy miesiące wziąć dzień urlopu? A co z argumentem: nie zdążę z pracą? Może po prostu popracować zamiast tego dnia w jakąś nudną niedzielę, która i tak większości rozmienia się na drobne? Zastanówcie się nad tym.

A co z fotografią? Ależ i oto ona. Takie chwile niemoralnego wypoczynku wymagają uwiecznienia. Raz, dla samego upamiętnienia. Ale jest i drugi powód, to co można zobaczyć w poniedziałek, często jest ukryte w niedzielę. Albo zasłonięte mrowiem turystów. Świat w dni wolne inny jest od tego, kiedy większość pracuje. Pojawia się zatem nowy temat: ludzie przy pracy. Góry żyją swym rytmem powszednim. W lesie znajdziemy leśnych ludzi, w polach, tu w Małopolsce w każdym razie w sporej ilości, pracującego konia, jak setki lat temu. Mijające wsie to kakofonia dźwięków, uwijających się ludzi. To jest świat bardziej prawdziwy od świata sobotniego.

Na koniec polecam jeszcze umiarkowanie w ambicjach sprzętowych. Otwierając się na świat poniedziałku nie pozwólmy, by kilogramy sprzętu przypominały nam swym ciężarem o sobie. Może zabrzmi to okrutnie, ale nie będzie za bardzo komu podziwiać naszych sprzętowych zdobyczy. A spacerzoomy współczesne są naprawdę dobre. Jakaś mała lustrzanka z jednym, stabilizowanym obiektywem będzie doskonałym wyborem. Czas ruszyć dalej. Do usłyszenia.

Za dużo

Miesiąc temu zapowiadano jesień stulecia. No i mamy jesień stulecia: piękną, słoneczną. Witam was dziś z Policy. Dobra wycieczka charakteryzuje się tym, że nie jest ani za długa, ani zbyt krótka. To chyba oczywiste, ale z tego bierze się mnóstwo problemów, bo dla każdego optimum jest inne. Ja na przykład zaczynam czuć niekomfort przy trzydziestym szóstym kilometrze. Zwykle jednak granica wytyczana przez średnią plenerową stoi znacznie niżej. Wszelkie foto—spędy wymagają kompromisu, dzięki czemu mile się je wspomina i planuje następne.

Niestety nie wszędzie kompromis działa, albo jest on zaburzany w imię innych celów. Czasami osiąga granice absurdu. Tę granicę przekracza, nazwę to dość ogólnie, filozofia współczesnego tworzenia fotografii. Mam na myśli warstwę techniczną, choć o ideologii w ogóle też można by dużo mówić. Co rzecze większość podręczników, programów kursów wszelakich czy choćby menu dzisiejszych aparatów? Otóż jesteśmy bombardowani ilością. Mnogością czynników, bez których nasze dzieła nie mają najmniejszych szans, by zbliżyć się do gloryfikowanej śmietanki, nota bene często pustej i kiczowatej.

Weźmy na przykład menu pewnej półprofesjonalnej lustrzanki, którą ostatnio pracuję. Osiemdziesiąt pozycji, z których część rozwija się w całe układy zależności i nastaw. Gdy lustrzanka należy do grupy amatorskiej, należy dorzucić jeszcze pewnie z kilkadziesiąt programów tematycznych. Rozpoznawanie trzydziestu pięciu twarzy? Proszę bardzo. Własne tapety i dźwięki migawki?

Nie, moi drodzy, nie po to, żebyśmy mieli lepsze zdjęcia. Ten absurd komplikacji powstał z jednego powodu — większość ludzi woli mieć więcej. Wszystko jedno czego, wszystko jedno po co. Oglądając specyfikacje sprzętu czy to konkretne modele w sklepie, przeciętny pan Iks wybierze większy iloczyn rzeczy policzalnych. Większego zooma, więcej pikseli, więcej menu. I oto cała prawda: większe menu zwiększa udział w rynku. A potem, cóż, widok zrozpaczonego fotografa klikającego na oślep po nastawach celem przywrócenia aparatu do używalności nie jest rzadki. Bo lampa nie błyska, bo spust nie działa, bo włączył się tryb pilota, bo zdjęcia wychodzą blade albo ciemne, albo mają kolor jak sprzed trzydziestu lat. Albo dylematy: czy ta ikona to bałwan czy też grubasek (bo może jest jakiś program tematyczny odchudzający?) A w tle to plaża czy śnieg? A gwiazdki na górze co znaczą? Noc bezksiężycowa czy fajerwerki? Czyżby to był tryb umożliwiający sprawne sfotografowanie bałwana na plaży w sylwestrową północ? Można oczywiście mieć przy sobie tomik poświęcony naszemu małemu szczęściu, ale kto nosi ze sobą instrukcję obsługi? A nawet jeśli, kto się przebije szybko i sprawnie, znajdując odpowiedzi na nurtujące pytania?

Kreowanie kreatorów kosztuje producenta etat. Zdolny programista wymyśla wirtualne potrzeby i dorzuca do listy. Doskonały mechanizm: nakłady prawie żadne, zysk pewny. A prawda jest taka, iż do wykonania każdego praktycznie ujęcia potrzeba dostępu do dwóch nastaw: czasu i przysłony. Już czułość sama w sobie nie ma kreatywnego znaczenia, a jest kompromisem pomiędzy poszerzeniem możliwości wyboru wymienionych parametrów, a jakością ujęć. Światłomierz ma dla nas wartość informacyjną i dopiero gdy zrezygnujemy z interpretowania jego propozycji, staje się czynnikiem kreacyjnym. Balans bieli, kontrast i cała reszta nastaw procesu obróbki surowego obrazu w to, co widzimy na ekranie, to wszystko można zrobić później, w spokoju i nieporównywalnie dokładniej.

Następnym razem zajmiemy się walką z ilością, eliminując elementy, które bądź nie mają znaczenia, bądź należy ustawić raz i zapomnieć o nich na zawsze.

Jeszcze mniej

Magiczne miejsce. Drzwi opowiadają historie. Witajcie z ośrodka pod samym Giewontem. Kontynuując ostatnie rozważania doszliśmy do wniosku, że współczesne aparaty cierpią na chorobę nadmiaru. Przerost regulacji prowadzi do zagubienia fotografa, który zamiast skupić się na kadrowaniu, biega po pozycjach menu. Spróbujmy dziś zatem zaradzić w jakiś sposób temu.

Przyjmuję założenie, iż większość słuchaczy posiada nieco bardziej zaawansowany sprzęt, umożliwiający wybór formatu RAW i pragnie używać swych aparatów kreatywnie. Dlatego od razu radzę: używajmy owego formatu. Nawet jeśli nie znamy, bądź nie chcemy potem pracować w zaawansowanych aplikacjach graficznych. Otóż każdy z producentów sprzętu foto dostarcza darmową aplikację umożliwiającą zamianę formatu RAW na bitmapy. Zwykle jest to prosty program, którego opanowanie zajmuje kilka minut. Z pewnością nie więcej, niż opanowanie nastaw związanych z tworzeniem bitmap w samym aparacie. Cóż nam to da?

Proszę, oto lista pozycji, o której możemy zapomnieć podczas wykonywania zdjęć: przede wszystkim balans bieli, wciąż kapryśny, gdy tylko znajdziemy się w miejscu o mniej typowym świetle. Następnie kontrast, tak różny i nieprzewidywalny w naturze. Pamiętajmy, że te wielkości znakomicie interpretuje nasze oko poprawiając obraz w locie i niestety obiektywny aparat pokaże często zupełnie coś innego niż oczekujemy. Z kontrastem związane są różnego rodzaju systemy programowego powiększania dynamiki. To także może być zrobione później. Pozostałe parametry mają mniejsze znaczenie, ale ich przypadkowe ustawienie również wpływa na ujęcia. Wymieńmy: ostrość, nasycenie, odcień barwy, przestrzeń kolorystyczna, ale i stopień kompresji, proporcje i rozmiar zdjęcia. Prócz zwolnienia z myślenia o owych parametrach podczas fotografowania należy pamiętać, że równie istotną jest możliwość znacznie większej precyzji ich strojenia przy użyciu komputera. Dotyczy to zwłaszcza wyboru odcienia barw oraz kształtowania dynamiki, ściśle związanej z konkretnym kadrem.

Zajmijmy się teraz nastawami, które mają wpływ na proces naświetlania, ale nieodpowiednio ustalone mogą sprawić kłopoty. Najwięcej nieudanych ze względu na ekspozycję ujęć czyni nieposkromiony światłomierz. Mamy tu zwykle trzy do pięciu trybów jego pracy. Zapewniam, że żonglowanie nimi przyniesie więcej szkody niż pożytku, zwłaszcza na początku. O optymalnym naświetleniu powiem być może następnym razem, dziś wspomnę tylko, że ze wszystkich rodzajów pracy światłomierza najbardziej przewidywalny jest tryb wielosegmentowy. Oczywiście w pewnych, trudnych scenach polegnie, ale sprawdzi się w pozostałych, których jest znacznie więcej.

Czułość powinniśmy traktować jako przedłużenie zakresu czasów. Gdy czasy wychodzą niepokojąco długie, ryzyko poruszenia aparatem (bądź obiektem z kadru) zwiększa się. A jeśli przysłony powiększyć się nie da, zwiększając czułość możemy czas skrócić. Nic jednak za darmo, wzrosną szumy, spadnie ostrość i jakość ogólna obrazu. Zasada zatem prosta: brakuje czasu — zwiększamy czułość. W innych przypadkach pomniejszamy ją do wartości najniższej.

Przysłona, oprócz tego że odpowiada za ekspozycję, jest czynnikiem kreatywnym. Od niej zależy wydzielenie obiektu, na który została ustawiona ostrość, od pozostałych planów. Kierujemy się tu estetyką. Jednakże nie używajmy przysłon mniejszych niż jedenaście. Jakość tylko spadnie wskutek dyfrakcji, a efekty powiększenia głębi ostrości będą już praktycznie niewidoczne. Możemy sprawę uprościć jeszcze bardziej: będąc na wycieczce, na której chcemy po prostu uwieczniać widoki, ustawmy przysłonę na wartość osiem, typ pracy — priorytet przysłony i zapomnijmy o niej. Właściciele kompaktów mogą wybrać wartość znacznie niższą.

Oczywiście pozostaje mnóstwo innych spraw, o których warto pamiętać, ale o nich porozmawiamy sobie jeszcze. Najważniejsze jest jednak to, by pamiętać o zaglądaniu w wizjer. Bo czasem mam wrażenie, że ten punt programu gdzieś umyka.

Refleksja

Zastanawiałem się długo, czy włączyć w nasze cotygodniowe spotkania miejsce, w którym właśnie przebywam. A jest to miejsce szczególne. Od jakiegoś czasu bowiem, tworzę zdjęcia dokumentujące relikty obozu zagłady w Oświęcimiu. Chciałbym jednak tym razem pominąć aspekt techniczny zagadnienia, temat zresztą ten możemy zawsze poruszyć przy okazji.

Zastanówmy się dziś nad znaczeniowością fotografii. Kilka razy wspominałem już o tym. Przede wszystkim estetyka, to raczej oczywiste. Fotografia ma się podobać. Fotografowi najczęściej. Fotografowanemu, jeśli jest częścią obrazu. Klientowi, który gotów pracę wynagrodzić. Z pewnością amatorski świat pstrykania (czego nie należy utożsamiać z niskim poziomem takiej fotografii) bazuje najczęściej na takiej celowości: popełnić coś pięknego, budzącego zachwyt, zainteresowanie. Obok niejako pojawia się znaczenie wtórne: zachwyt pracą budzi zachwyt kreatorem. Podziw postaci sfotografowanej rodzi to jakże miłe uczucie lekkiej pychy. Ale nie grzechu lecz cnoty, katalizującej czasem wiele bardzo pozytywnych przemian. I o tym mówiliśmy przy okazji rozważań o portrecie.

Rola dokumentu to następny rozdział celu fotografii. Rzecz oczywista, każdy powie. Skupmy się nad pewnym zagadnieniem, które mam wrażenie, nie jest tak doceniane, jak być winno. W miejscu, w którym jestem, dzień w dzień przewijają się tysiące ludzi. Głównie młodych, w ramach edukacyjnych wycieczek szkolnych. Widzą olbrzymią tragedię czasów. No właśnie, widzą. Wrażenie na większości wywołuje ogrom ilości pozostawionych przedmiotów: butów, okularów. Chyba każdy z nas pamięta te obrazy. I zdjęcia, dokumentalne fotografie zrobione tu podczas tragedii i w niedługim czasie po wojnie.

Dokumentowanie czarnych chwil historii ma olbrzymie znaczenie. Ukazuje światu rzeczy, które dziać się nie powinny. I świat to widzi, i mimo wszystko wyciąga wnioski. Z dekady na dekadę coraz mnie można ukryć. Także tego, co haniebne. Przypomnijmy sobie, pierwsze ujęcia masowych tragedii dotyczyły praktycznie lat pierwszej wojny światowej. Złożył się na to rozwój techniki fotografii umożliwiający wykonywanie zdjęć w trudnych warunkach. Nie uchroniło nas to przed następną wojną. Ale dziś, mimo że świadków tamtych chwil jest coraz mniej, każdy może poznać prawdę. Właśnie dzięki dokumentom, z fotografią na czele.

Nie przerażają nas tragedie sprzed dwudziestego wieku. Są dla nas trochę jak średniowieczne bajki: ubarwione kreatywnymi opisami literackimi, wizją malarzy. Być może, gdyby mistrzowie renesansu potrafili utrwalić obraz z camera obscura, historia potoczyłaby się inaczej. Być może humanizm odniósłby większe zwycięstwo. Jest jeszcze jeden aspekt. To tu właśnie pojawiają się głosy, że to wszystko nieprawda. Że stos butów i okularów można ustawić i teraz. Dla mnie, widzącego tak wielką ilość dokumentów ze źródeł wszelakich, głosy takie są absurdalne. Ale ze względu na owych, rzekłbym, awanturników, dokument należy gromadzić. Nie jeden, jak najwięcej, I ukazywać go jak najszybciej.

Można nie mieć sympatii dla modnych dziś trendów pokazujących zło świata w sposób sugestywny, manieryczny. Krwawe reportaże zdobywające nagrody. Ale trzeba pamiętać, że znaczenie tego nie leży w estetyce. A my, cóż, cieszmy się z tego, że nie musimy być bohaterami takich dokumentów.

Kobieta za spustem

Witam was dziś z Krakowa, z jednej z tych słynnych kazimierzowskich knajpek. Nie ma jeszcze południa, puściutko, przyjemnie, herbatka smakuje subtelnie. Dzisiaj narażę się odrobinę połowie świata, za to u drugiej połowy zdobędę nieco poparcia.

Czy zauważyliście charakterystyczny obraz pojawiający się coraz częściej na naszych ulicach? Idą sobie: on i ona, czasem także jeszcze dzieci, on z tyłu, jeśli z dziećmi, to pcha wózek bądź, jeśli wózka już nie trzeba, kroczy godnie z pociechą. Ona z przodu, wybiega raz po raz, odwraca się i pstryk. Do nieodłącznych atrybutów kobiety, do torebki, butów, całego tego bukietu na który lubimy patrzeć, doszedł jeszcze jeden element. Duży, podkreślam, duży aparat. Taki w cudzysłowie prawdziwy. Trzymany z gracją, inaczej niż przez nas, ale bynajmniej, pewnie i ze sztuką zgodnie.

Czasy, kiedy „To” było zarezerwowane dla nas, odeszły bezpowrotnie. „Nie znam się”, „boję się tego” — już nie usłyszymy takich słów. Nawet takich myśli. Żal wam, panowie? Mnie wcale. Nie czas tu rozważać przemiany społeczne, rzekłbym rewolucję, a właściwie zakończenie rewolucji rozpoczętej wiek temu. Skupmy się na zdjęciach.

Charakterystyczną rzeczą na zajęciach fotografii, które prowadziłem, była aktywność kobiet. Wciąż jeszcze w mniejszości, tworzyły znakomitą interakcję. Zadawały pytania, konkretne, łączyły teorię z praktyką. Wszystko miało swoją celowość, użyteczność, stosowanie. Nie padały przykłady „z drugiej strony lustra”, nie pojawiały się dysputy na temat nieskończoności i zera, w których domyślną misją ma być rozgrywka z prowadzącym. Wreszcie, nie pojawiał się fałszywy wstyd paraliżujący, tak nam, facetom, bliski. Bo czegoś nie rozumiemy. Bo akurat rozumiemy, to zabłyśniemy. Bo może zmierzymy się na lepsze rozumienie.

Nie tak jest. Gdy kobieta nie rozumie, prosi o wytłumaczenie. I zrozumie. Myślę, że każdy prowadzący woli nieco mieszane towarzystwo słuchaczy. Po prostu, pracuje się nieporównywalnie lepiej. Gdy dostaję zaproszenie do oglądnięcia serii zdjęć, mogę z dużym prawdopodobieństwem określić, kto jest autorem. Czy mężczyzna, czy kobieta.

Pierwsze będą, nie zawsze, ale zwykle bronić zasad. Najczęściej selektywnie, niekompletnie. Będą dobrze naświetlone — ale krzywe. Będzie poprawny kolor — ale dynamiczny chaos. Będzie mocny kadr — braknie emocji. Tak, facet ma wielkie problemy, by pokazać emocje. Niby chce, niby już, prawie jest dobrze, ale jednak gdzieś to umyka. Dopiero lata pracy sprawiają, że potrafimy utrzymać wielość owych czynników pod kontrolą.

Zdjęcia kobiet na dłuższą metę ogląda się milej. To prawda, zwykle technicznie bywają niespójne, swobodne, nie zawsze, najczęściej tak jest. Ale od zrównoważonych ideałów mamy choćby stocki. Możemy tam podziwiać do woli miliony perfekcyjnych i najczęściej pustych fotografii. Fotografia kobiet to emocje. Wręcz morze emocji. Niestety, tu mam dla panów przykrą wiadomość, jak nie potrafimy wyjść z zaklętego kręgu fioletów, czerwieni czy żółci w ametyst, cynober i szafran, tak emocje owe wyłuskujemy nadzwyczaj opornie. Tracąc przy tym olbrzymią ilość doznań.

A uwierzcie, gdy do naszych zdjęć, tak chętnie po różnych forach i portalach uprawiamy tak zwane „dorabianie teorii”, tak zdjęcia kobiet to księga, która czeka na odczytanie. Nie raz próbuję sobie radzić z materią, wciąż bardzo oporną dla mnie, ale pierwsze sukcesy już za mną. Cieszy to, w nie mniejszym stopniu jak odrobinka pychy powodowanej reakcją autorki fotografii na rozkodowanie małej tajemnicy w owym kadrze zaklętej.

Chu, chu, ha!

Witam was dziś z autobusu pełnego młodych Francuzek. Doprawdy, nie mam pojęcia, skąd one wszystkie się tu wzięły. Niezwykłe to wrażenie estetyczne. I znowu uświadomiłem sobie, że naprawdę mieszkamy Europie, która po prostu jest, bo jest. Owe myśli europejskie przywiał mi dziś mróz, który zawsze gdzieś tam będzie przypominał odległe mrozy, gdy Europa była tam. Nie czas na sentymenty. Porozmawiamy sobie teraz o zimie fotografa.

Co czujecie słysząc słowo „mróz”? Mnie owo słowo szczypie, wręcz drapie po nosie. Lód, zimno, nawet śnieg, one brzmią jak zima cała. Lubimy je i nie lubimy ich. Nie są z pewnością obojętne. Przy wielu okazjach mówię: fotografujcie uczuciami. I teraz powtórzę ów banał. Spróbujmy tak właśnie sfotografować zimę. Co to oznacza? W sensie warsztatowym bardzo wiele. Jak uczynić, by fotografia szczypała w uszy, prószyła w oczy? Radowała zimną świeżością?

Pierwszym etapem będzie przezwyciężenie strachu. Ubieramy czapki, rękawiczki, smarujemy twarze, szukamy ciepła. Z przerażeniem myślimy o naszych zabawkach wystawionych na lodowaty powiew, już to niejeden chętnie podzieliłby się szalikiem ze swym aparatem. Nie obawiajcie się. Od lat najbliższy mojemu fotograficznemu sercu jest deszcz i śnieg, i żaden aparat jeszcze od tych żywiołów nie poległ. Trzeba tylko odrobiny rozsądku.

Zima ma wiele twarzy. Najłagodniejsza jest ta w słońcu skąpana, fotografowana podczas wypadów narciarskich, rzadziej: wędrówek niedługich. To fotografia łatwa. Automaty są szczęśliwe mogąc zaoferować doskonały obraz. Czasem nieco przeharcują, rozniebieszczając wszystko. Balans bieli w ryzach „pogody słonecznej” zadba o porządek. Jednak, gdy słońce liche, czy schowane wraz cieniem za grubą warstwą chmur, sytuacja komplikuje się. Oślepiony wszechbielą światłomierz wymaga motywacji. Dodajmy mu jedną, czasem nawet dwie działki. Balans bieli poradzi sobie, ale zastanie nas rzadko spotykany problem innego rodzaju: niesamowicie niski kontrast. Zdjęcia po prostu będą blade i ponure. Jeśli niekoniecznie tej estetyki pragniemy, zwiększymy kontrast z poziomu menu, czy też, znacznie lepiej, podczas późniejszej obróbki formatu surowego. Niezależnie jednak, poszukajmy kadru z planami świateł. Niech zagości tam co jasne, w sam raz i ciemne. Kolorowy, niedominujący motyw znakomicie podkreśli biel zimy.

Kreatywność wzmoże duży zakres ogniskowych. Szeroki kąt sprawi, że mróz przemówi mocniej. Wzmacnia kontrast, kontur, potęguje zimę. Teleobiektyw pozwoli zestawiać plany, malować zimowe impresje. Wyciąga subtelności. Gdy słońce zagra, wyłowi zimowe skarby: sople, płaty, nawisy, drobinki skrzące się wesoło. Spójrzmy z jeszcze innej perspektywy: zima to grafika. Piórkiem rysowane kreski. Skupmy się na nich, wdzięczni bądźmy za ten czas, gdy chaos barw opada zostawiając tylko szkice. Ale nie czarno—białe. Czerń może być ślepa jak sadza, może połyskiwać kobaltem czy burgundem. Biel wzmacnia kolory, które zwykle wycofują się w ostatni plan. Właśnie teraz, tam za oknem, Rezerwat Kajasówka śniegiem otulony. Ten odcień nazywa się feldgrau. Złamany ostatnimi rudymi drobinkami.

Następnym razem opowiem, jak chronić nasze skarby i fotografować padający śnieg, by padał także ze zdjęcia.

Oj, bo mu zimno!

Mrozu ciąg dalszy. Jednak nie narzekam, spocony, w samym podkoszulku, uśmiecham się do świata przez szybę kolejowego wagonu. Przez szybę w kolorze sepii. Tak, zdecydowanie mocnej sepii. Sauna w cenie biletu. Ale jako opcja, wagon dalej można spędzić chwile w komorze kriogenicznej. Świat promocji, rzecz to piękna.

Do mrozu dołączył śnieg. Zatem mamy zimowy komplet. Obiecałem, że dziś opowiem o tym, jak zimą chronić sprzęt fotograficzny. Specyfikacje zwykle stawiają sprawę twardo: aparaty mogą pracować do temperatury zero stopni. Czyli praktycznie — zimo, żegnaj. Jednakże taki stan rzeczy wynika z chęci zabezpieczenia się producentów przed ewentualnymi kłopotami, czy narzekaniami użytkowników.

Jakie to kłopoty mogą nas czekać? Niższa wydajność akumulatorów. Nie aż tak bardzo, jak zwykło się wydawać. Zresztą problem łatwo rozwiązać trzymając sam akumulatorek gdzieś w pobliżu serca. W każdym razie tam, gdzie ciepło. Następnie, zimny aparat staje się nieco bardziej ospały. Sam wyświetlacz powoli zmienia treści, a części ruchome nie mają już takiej ochoty na ruch. Trzeba czasem odrobiny rozsądku — zbyt szybkie kręcenie zoomem może go nadwyrężyć. Istnieje jedno prawdziwe niebezpieczeństwo. Zmrożony aparat, wniesiony do ciepłego, wilgotnego pomieszczenia, pokrywa się rosą. Kłopot w tym, że i w środku. Niestety, w aparatach mieszczących lampę, bardzo długo utrzymuje się napięcie rzędu kilkuset woltów. Jest to wartość śmiertelna dla większej części elektroniki. Nieco wody może tu wyrządzić olbrzymie straty. Zresztą roztwory same w sobie są problemem, bo powodują korozję złącz i styków. Cóż zatem robić? Zanim wejdziemy do schroniska po godzinach wędrówek, umieśćmy nasz skarb w szczelnym worku uprzednio wyciągnąwszy baterię. W kilkadziesiąt minut sprzęt ogrzeje się bez smutnych niespodzianek.

Z rzeczy nie niebezpiecznych, a przykrych, należy pamiętać o osadzaniu się na przedniej soczewce wody pod różnymi postaciami. Przy dużym śniegu, bądź deszczu, nie nadążymy czyścić obiektywu. Możemy sobie pomóc nakręcając filtr zabezpieczający, który łatwiej wytrzeć — jest płaski i nie budzi tak naszych obaw przy zbliżaniu się doń z chusteczką higieniczną, będącą najlepszym medium na takie problemy. Jeszcze lepsza jest głęboka osłona przeciwsłoneczna. Możemy dopasować nieoryginalną, głębszą, rezygnując z najszerszego zakresu zooma, w którym będzie winietować. Osłona taka nadzwyczaj skutecznie chroni przed zamieciami śnieżnymi i ulewami.

Zadbajmy o odpowiedni futerał. Tym razem nie wielka torba rozmaitości, czy gorzej — plecak. Zmarzniemy, nie będziemy mieli ochoty mocować się z zesztywniałym zamkiem. Padający śnieg nie będzie sprzyjał długiemu zastanawianiu się nad tym, który obiektyw przykręcić. Jeden sprawny zoom, mała torba na rzepy, tym razem wystarczy tyle.

I na koniec rzecz, o której się nie pamięta. Dopasowane rękawiczki, takie, w których możemy sprawnie obsługiwać aparat. Jakie? Niech sobie każdy poszuka i przymierzy. I niech nie zapomni, że przydadzą się drugie, grubsze.

Co my tam za oknem mamy? Mrzygłód. Piękna nazwa. Mrzygłód w sepii. Za tydzień o śniegu bardziej z duszą, a dziś już do usłyszenia!

Porcja płatków o północy

Witajcie dzisiaj w samym środku nocy. Padające lekko kłębki śniegu momentami urzekają chyba każdego. Oczywiście zwykle ma się tego śniegu dość, ale porozmawiajmy o chwilach, gdy nas to zachwyca.

Wiele jest zjawisk, które wydają się być piękne, a na fotografii czar z nich umyka. W każdym razie większości z nas, bo zawsze możemy znaleźć przykład, że komuś się jednak udało. To nie szczęście, to po prostu wiedza, takie patenty na unieśmiertelnienie tego, czy owego. Przykładów mnóstwo: od rubinowych zachodów słońca, przez krzyczący swą świeżością zieleni las, po padający śnieg, tysiące tańczących płatków. A tymczasem na zdjęciu zachód jakiś blady i fioletowy, las jak pole kapusty pekińskiej, a śnieg — smutna szarość.

Aby zdjęcie śniegu wywołało u nas uśmiech, musimy nieco popracować. Po pierwsze: odpowiednia pogoda. Taką oferuje tylko kilka dni w roku. Spadające płaty winny być spore, a wiatr tego dnia powinien mieć wolne. Im wolniej lecą drobinki z nieba, tym lepiej. Następnie potrzebujemy kadru. Pamiętajcie o pewnej rzeczy: znakomita większość, gdy widzi śnieg, widzi śnieg. Nieliczni, na swe szczęście i nieszczęście zarazem, widzą jeszcze tło. Kadr musi być niebylejaki. Padający śnieg winien być albo jaśniejszy od tła, albo ciemniejszy. Trzeba o tym pamiętać, gdyż nasze oczy same nam tego nie podpowiedzą. Dlaczego? Bo posiadamy dwoje oczu.

Istnieje fantastyczna metoda pozwalająca, nazwijmy to, „przejrzeć na oczy” — wystarczy jedno z nich zasłonić. Tak właśnie widzi aparat. Wszystko, co głębokie, wielowymiarowe, spłaszcza się okrutnie. Nie ma planu pierwszego, drugiego, trzeba go stworzyć. I tworzy się barwą, ostrością, światłem. Pamiętajcie o tym znakomitym patencie na odrzucanie kadrów, które grożą rozczarowaniem — zawsze, na chwilkę, jedno oko zamykamy i zadajemy sobie pytanie: czy wciąż warto? Tutaj raczej barwy ubogie, zatem plany zbudujemy światłem. Szukajmy zgrabnej zimy w tle, akcent barwny niedominujący będzie pożądany.

Cóż, teraz pozostaje wcisnąć spust. Pamiętajmy o światłomierzu, mówiłem o tym ostatnio. Sprawdźcie histogram, niechaj będzie bliżej strony prawej. Jeszcze jedna sprawa: czas. Śnieg pada, więc porusza się. Niech czas nie będzie zbyt długi, choć właściwie zróbmy kilka ujęć, o bardzo różnych czasach. Zobaczymy później, co nam się spodoba.

Na tym się nie kończy. Czy robiliście zdjęcia w formacie surowym, czy w bitmapie, wrzućmy go do naszego ulubionego edytora graficznego. Nieco już o tym wspominałem, ale przypomnę: niewielka dynamika ukrywa sporo. Wystarczy jej pomóc. Cienie — światła i krzywe naszymi narzędziami. To będzie duża korekcja, tak się robi i nie ma się co bać. Balansem bieli bardzo delikatnie możemy określić charakter, od nostalgii w kolorze brązów, bo radość świąteczną w błękitach. Wymienione narzędzia pozwolą nam wzmocnić owe drobinki śniegu. Nie bójmy się, że nagle wszystko pociemnieje, wrócimy równowagę krzywą, a płatki pozostaną. Tak w ogóle, w Photoshopie czy innych tego typu programach, bardzo często wykonuje się nawet kilka sprzężonych ruchów. Niczym w szachach, należy znać kilka posunięć na przód. Wtedy materia poddaje się nam w pełni.

Ania robi kolaże

Nowy rok, nowe postanowienia, nowe pomysły. Witajcie. Spotykamy się po raz dwudziesty dziewiąty. Co prawda, nie jest to słynna okrągła rocznica z „Misia” Barei, lecz pomyślałem, że jest okazja, by zmienić nieco formę naszych spotkań. Będziemy zwykle podróżować, jak do tej pory, ale tym razem w podróż mam zamiar zabrać odrobinę was. Albowiem dostaję listy, w których pytacie mnie o to, czy o tamto. Czasem są to konkrety, dość klasycznej budowy: który aparat kupić i dlaczego ów — i tu pada symbol modelu, który pytający z góry sobie upatrzył, a teraz tylko szuka potwierdzenia swego, oczywiście jedynie słusznego wyboru. Tych listów czytać nie będę. Lecz zdarzają się czasem myśli, które są naprawdę ciekawe.

Otwórzmy dziś list od pewnej Ani. Ania dwa lata temu skończyła studia i pracuje robiąc, nazwijmy to, mało kreatywne rzeczy. Lecz jest istotą wrażliwą na piękno i ma sporą wyobraźnię. Kocha grafikę, kolaż. Do tej pory podziwiała prace innych, chciałaby jednak spróbować sama. Ania napotyka dwa problemy. Sprzętowy — nie wie, co ma sobie kupić, by marzenia w rzeczywistość zamienić, ale i drugi. Otóż, pytając wśród znajomych o szczegóły techniczne, dowiedziała się, i to nie raz, że prawdziwa fotografia nie dopuszcza manipulacji. Że Photoshop może służyć drobnej korekcie tego, czego brakło doskonałości technicznej samego sprzętu, że każda ingerencja ponad to jest sprawą nieczystą, sztuką niższą, w ogóle, brakiem sztuki.

Droga Aniu, usłyszysz jeszcze wiele dziwnych głosów manifestujących niezwykłe teorie. Niestety, fotografia stała się łatwa, a pokusa bycia artystą jest wielka. Toteż i koncepcje chętnie głoszone pojawiają się jak grzyby po deszczu. Techniczne: o wielkości matryc, o szumach, o markach, ale i ideologiczne, wśród których silną jest owa pogarda dla kreacji. Otóż kierunek, który wykorzystuje obraz jako tworzywo dla dalszych dokonań, jeśli już mielibyśmy cokolwiek szeregować, wymaga więcej. Zwłaszcza dziś. Spójrzmy na to w ten sposób: współczesny aparat jest urządzeniem tak doskonałym, że do wykonania poprawnego ujęcia często wymaga już tylko skierowania go w odpowiednią stronę. Cóż zatem za tajemna wiedza potrzebna jest, by cieszyć się poprawnymi technicznie zdjęciami?

Natomiast przygotowanie grafiki nie będącej pozbawionym koncepcji bohomazem (choć i taka koncepcja może istnieć), wymaga znacznie więcej. Począwszy od pomysłu, zarysu tego, czego kreator chce dokonać, przez zebranie materiałów, po ich zamianę w dzieło ostateczne. Dodajmy jeszcze, iż potrzeba odwagi, by owo dzieło ukazać światu. Jeśli chodzi o płaszczyznę sprzętową, wiedz że na etapie pierwszych kroków jest ona mało istotna. Montaż elementów obrazu zwykle, bo nie zawsze, ale w większości wypadków, jest dość pobłażliwy dla jakości technicznej źródeł. Często także następują przekształcenia o silnie destrukcyjnym charakterze. Nie miej zatem wyrzutów, jeśli chcesz poświęcić się tej pracy nie inwestując zbyt wiele. Średniej klasy kompakt wystarczy. Oczywiście, jeśli masz takie pragnienie, sprzęt lepszej klasy nie będzie złym wyborem. Pamiętaj tylko o tym, że mały kompakt można mieć zawsze przy sobie, a dużą lustrzankę już nie bardzo.

Najważniejsze jednak jest to, by słuchać siebie. Teorie powstają, żyją, mijają się i zderzają. Ale nie pamiętam, by gdzieś powstała galeria teorii, w przeciwieństwie do miejsc, w których podziwia się rzeczy, które chcesz tworzyć. Życzę zatem sukcesów i do usłyszenia.

Rafał to lanser

Napisał do mnie pewien Rafał. Typ przywódcy, dobre stanowisko, wszystko z najwyższych półek. Rafał lubi podróże, a ostatnio ma ambicje odwiedzić szczególnie dzikie rejony świata. Lubi także pokazywać swe trofea znajomym i zależy mu, by zdjęcia wywoływały odpowiednie wrażenie. Nasz bohater ma pewien problem. Jako, że sam działa na agresywnych rynkach, czuje niejakie nieścisłości w związku między ceną, a możliwościami sprzętu fotograficznego. Ponieważ znalazł wiele sprzecznych opinii, prosi o rozwinięcie zagadnienia. Ponadto Rafał, choć ma już upatrzony system, chętnie pozna moją na jego temat. Zacznijmy zatem od pierwszego zagadnienia.

Opracowanie dobrej matrycy aparatu, która jest niejako jej sercem i swymi właściwościami narzuca szczegóły budowy urządzenia, to proces długi i drogi. W produkcji rodzajów takich matryc, szczególnie dużych, jest niewiele. Stąd często się zdarza, że dokładnie ten sam sensor znajdziemy w bardzo różnych modelach aparatów, nie tylko różnych producentów, ale wręcz filozofii. Przykładem może być czternasomegapiskelowa matryca stosowana w aparatach Sony (lustrzankach i kompaktach NEX), Nikonach i Pentaxach. Canon znowu od dawna umieszcza tę samą matrycę w aparatach przeznaczonych dla różnych grup klientów. Co z tego wynika? Bardzo miła wiadomość. Otóż kupując najtańszy model z daną matrycą, mamy szansę na jakość techniczną zdjęć tak samo wysoką jak z modelu znacznie droższego. Nie dostaniemy oczywiście innych dóbr, jak większą szybkość, większy rozmiar aparatu i wiele innych, jednak często nie mających bezpośredniego wpływu na samą jakość materiału rejestrowanego.

Matryce mogą być nieudane i nieudane stają się całe serie aparatów je wykorzystujące, mogą też być bardzo dobre, jak wymieniona przeze mnie wcześniej, o wyjątkowo dużej dynamice i dziś, szukając lustrzanki, tam skierowałbym swoje kroki. Tak więc, drogi Rafale, cena od lat już nie mówi wprost o jakości technicznej ujęć, oczywiście w pewnych granicach. Piszesz o swym wyborze: sprzęt profesjonalny, lekko licząc około dwudziestu tysięcy. Myślę, że decyzję już podjąłeś, lecz radzę — nie, nie zmieniać jej, a poszerzyć nieco listę zakupów.

W twoich planach Środkowy Wschód oraz daleka północ. W pierwszym przypadku motor — piękna perspektywa. Jednak może być problem z miejscem. Teleobiektyw 70—200 ze światłem 2,8 zajmie go sporo. Może odrobinę ciemniejsze, a znacznie lżejsze tele o świetle cztery? Wysoka czułość oferuje dziś bardzo przyzwoitą jakość. A może dodatkowo któryś z najnowszych kompaktów? Jest ich kilka, dają przyjemny obraz. Możesz go mieć zawsze przy sobie. Nie wydaje mi się, byś przez miesiąc miał ochotę nie zdejmować z szyi paska z owym monstrum, jakim jest twój obiektyw.

Daleką północ pragniesz odwiedzić z przyjaciółmi, ciągnąć przez wiele dni dobytek na saniach. Tym razem radzę mocno zastanowić się nad którymś z kompaktów z wymienialną optyką, zwanym też bezlusterkowcem. Naprawdę, dzięki tym samym, co w lustrzankach matrycom, one potrafią wiele. Wybór masz już wśród czterech producentów. Zaoszczędzone kilogramy docenisz szybciej niż myślisz. Życzę wspaniałych przygód i do usłyszenia!

Dorota ma fajny aparat

Witam was, a przede mną tym razem list od Doroty. Dorotka ma dwóch synków, od niedawna chodzą już do szkoły. Dzisiejsza bohaterka ma problem, który wielu z nas chciałoby mieć. Otóż dostała w prezencie drogą, profesjonalną lustrzankę i prosiła mnie, bym powiedział jej, jak robić ładne zdjęcia. Takie po prostu, pamiątki, dokumentacje rodzinne; by miło było na nie patrzeć. Przyznam się, że to wyjątkowe wyzwanie: jak w niecałych trzech minutach zmieścić podręcznik fotografii. Dobrze zatem, spróbujemy.

Na początek odrobina techniki. Każdy aparat posiada tryb pracy automatycznej. Obecnie automatyka umożliwia wykonanie naprawdę dobrych technicznie zdjęć w większości warunków. Zwykle ów tryb wybiera się którymś z większych pokręteł, a jest on wyraźnie oznaczony napisem bądź ikoną w kolorze zielonym.

W większości aparatów jest jeszcze tryb scen. To wybór kilku, czy nawet kilkudziesięciu typowych sytuacji, w których przyjdzie nam fotografować. Gdy na przykład zapragniemy fotografii zachodu słońca, po prostu odszukajmy ową scenę, a aparat sam przygotuje wszystkie ustawienia, by ów zachód zarejestrować jak najlepiej. Cóż, może wyda się to dziwne, ale z technicznych zagadnień byłoby to wszystko.

Rzecz, na którą zwykle nie zwracają uwagi początkujący, ale i często bardzo biegli technicznie fotografowie, to kadr. Jako osoba wykształcona, o dużej wrażliwości na sztukę, jesteś świadoma proporcji, mocnych punktów, tego wszystkiego co decyduje o harmonii obrazu, o tym, że tworzy on pewną kompozycję. Sprawa oczywista nie jest, bo z wrażliwością taką w narodzie kiepsko. A to przecież jak z piosenką, którą większość lubi sobie nucić — napisana zgodnie ze sztuką składa się ze wstępu, zwrotek i refrenów, który na końcu, rozbudowany, zgrabnie zamyka całość. Cóż byłby to za utwór, z połową zwrotki na końcu, z refrenem rozpoczynającym i łączącym całość wstępem? Mniej więcej tak wyglądają zdjęcia pozbawione zasad kompozycji. Oczywiście zawsze można założyć, że chce się tworzyć sztukę eksperymentalną, ale takie podejście wymaga pokory i warsztatu.

Inny problem pochodzi z dość interesującej właściwości oka i mózgu. Otóż, gdy mama widzi na zdjęciu swą pociechę, to widzi właśnie ową pociechę. Z twarzy odczyta, czy szczęśliwa, czy zatroskana. Możemy zapyta o wszystko, dowiemy się o nastroju dziecka, ubranku, dostaniemy jeszcze dużo informacji dotyczącej okoliczności powstania zdjęcia, ale prawdopodobnie nie usłyszymy nic na temat badyla, który wyrastając kilka metrów za małym modelem sprawia wrażenie, że wyrasta wprost z głowy. To właśnie taka dziwna właściwość sposobu interpretacji obrazów, im bardziej główny obiekt nam bliski emocjonalnie, tym mocniej filtrujemy to, co nieestetyczne, nieciekawe. Ale badylki, krzywe ściany, kosze na śmieci, psie kupki i cała reszta niespodzianek drugiego planu, to wszystko tam jest. I będzie widoczne już zawsze, bo fotografia to utrwalenie chwili.

Patrzmy zatem krytycznie na to, co dookoła. Wiem, że to trudne, zwłaszcza na początku, gdy wszystko tak szybko się zmienia, ale warto ten nawyk sobie wyrobić, by cieszyć oko nasze i innych wspaniałymi pamiątkami. Których życzę jak najwięcej. Do usłyszenia!

Wojtek chciałby

Dzisiejszy list napisał do mnie Wojtek. Od niedawna właściciel nowego, własnego mieszkania, dość jeszcze pustego, jak to zwykle mają w zwyczaju pierwsze własne kąty. Wojtek oczywiście od dawna fotografuje, a teraz chciałby sobie urządzić rodzaj atelier, w którym mógłby spróbować fotografii studyjnej. Jak się łatwo domyślić, sposób urządzenia pracowni musi spełniać dwie zasady: nie może być zbyt drogi i nie może przejąć na własność funkcji mieszkalnej pomieszczenia. Innymi słowy, po pracy sprzęt winien nie przeszkadzać, a dobrze byłoby, gdyby wręcz wtopił się w tło.

Fotografia, nazwijmy ją ogólnie, studyjna, ostatnimi czasy zyskała na popularności. Najpierw za sprawą nieograniczonych ilościowo możliwości aparatów cyfrowych, a później znacznego spadku cen akcesoriów niezbędnych do takiej zabawy.

Wojtek, słusznie zresztą, postanowił dla swej pasji przeznaczyć największy pokój. Trzy i pół metra szerokości i prawie pięć długości. Jak na standardy studyjne to nieco mało, ale na dłuższym końcu pomieszczenia znajdują się drzwi umożliwiające cofnięcie się z aparatem w razie potrzeby jeszcze o dwa metry. Czego potrzeba do zorganizowania warsztatu? Oczywiście oświetlenia i tła. Przede wszystkim jednak należy zastanowić się nad tematem zdjęć. Nasz bohater zna swój temat — to jego wybranka. Większość pragnących spróbować fotografii studyjnej, myśli podobnie, głównie o portrecie.

Minimum umożliwiające dość szerokie realizacje portretu to dwie lampy, pasywne źródła światła, czyli blendy oraz tło. Zacznijmy od niego. Gdy ograniczymy się do ujęć od pasa w górę, praktycznie wystarczy niewielka powierzchnia — nieco ponad metr wysokości i mniej troszkę szerokości. Takie prostokąty kartonu czy innych materii można będzie łatwo schować, choćby za szafą. Na czas zdjęć, najprościej powiesić je w jakiś sposób na ścianie. Gdy jednak zechcemy fotografować całą sylwetkę, należy postarać się o tła co najmniej trzymetrowej długości, z praktycznych powodów zwijane w rolę. Również i takie łatwo będzie przechować gdzieś zwinięte, jednak sposób mocowania wymaga większej pomysłowości.

Teł nie potrzebujemy wiele, w praktyce wystarczy białe i czarne. Przydadzą się także różnego rodzaju draperie. W przypadku niewielkich powierzchni, tła takie możemy dostać darmo z profesjonalnego studia w ramach pozbywania się resztek teł zużytych na sesjach. Jako tło białe bardzo chętnie używany jest podkład do bannerów, wykonany ze sztucznych tworzyw. Ma dobre właściwości fotograficzne i można go myć. Białe, papierowe tło praktycznie rzecz biorąc jest jednorazowe, a jak założyliśmy, fundusze na naszą zabawę mamy ograniczone.

Wspominałem o blendzie. To powierzchnia wielkości połowy do całego metra kwadratowego, najczęściej odbijająca światło. Bywają takie najczęściej białe, srebrne i złote, ocieplające. Cena to kilkadziesiąt złotych, jednakże w jej charakterze możemy sobie z powodzeniem wykorzystać większy fragment styropianu, albowiem to właśnie biała blenda jest najczęściej przydatna. Do blendy potrzebny jest jeszcze statyw, który umożliwi stabilne jej położenie pod dowolnym kątem w przestrzeni. I znowu możemy skorzystać z gotowych rozwiązań, możemy także wykonać taki choćby z listewek. Na początek wystarczy nam jedna blenda.

Temat lamp do takiego domowego studia omówimy sobie w przyszłym tygodniu, a dziś nadmienię tylko, że byłoby dobrze, gdyby nasz pokój miał delikatne, mało krzykliwe odcienie ścian. Ale nie jest to absolutnie konieczne. Do usłyszenia.

Wojtek już wie

Tydzień temu, odpowiadając na list Wojtka, rozmawialiśmy o domowej fotografii studyjnej. Poznaliśmy pojęcia takie jak blenda, tło, nakreśliliśmy nieco kształt naszego amatorskiego atelier. Przed nami temat oświetlenia. Pojęcie lamp jest dość rozbudowane. Oznacza bowiem aktywne źródło światła (którego natura może być różnorodna) oraz to wszystko, co kształtuje owo światło na sposób, który ma nam odpowiadać. Światło w lampach możemy podzielić na ciągłe, czyli takie, które świeci bez przerwy i błyskowe, gdzie mocny impuls pojawia się tylko na krótkie chwile. Które jest lepsze? Wymieńmy cechy obu.

Światło ciągłe jest jak... lampka do pracy. Po prostu włączamy i świeci. Takie lampy możemy przesuwać, zakładać nań akcesoria, a wszystkie tego skutki natychmiast widzimy. Teoretycznie początkującym łatwiej. Jednak są i wady. Jasność jest na tyle silna, że wprowadza pewien niekomfort, i dla modela, i fotografa, a równocześnie nie tak silna, by móc stosować bardzo krótkie czasy. Przez to łatwiej przypadkiem poruszyć zdjęcie.

Błyskowe światło tak naprawdę pomiędzy błyskami nie daje całkowitej ciemności, ponieważ prawie zawsze wyposażone jest w pomocnicze źródło ciągłego światła. Nie nadaje się ono raczej do fotografowania bo jest zbyt słabe, lecz służy naszym oczom, byśmy przed zrobieniem zdjęcia w przybliżeniu mogli widzieć efekt naszych eksperymentów.

Jest też pewna cecha, mniej znana, a istotna. Otóż w błyskowych lampach możemy przyciemnić owo ciągłe światło pomocnicze do minimalnego poziomu, co sprawi, że początkująca modelka będzie się czuć swobodniej. Jeśli chcecie zrozumieć w czym rzecz, proszę, stańcie przed kilkoma rozświetlonymi w pełni lampami. Ja, mimo wielu lat pracy z takim sprzętem, wciąż po tamtej stronie czuję się nieswojo.

Lampy zwykle mają kształt... lampy. Taki metalowy kapelusz. To zbyt mało, ponieważ światło z takiego kapelusza jest wyjątkowo niesympatyczne. Cienie czarne, ostre. Do rozmiękczenia światła, a takiego będziemy używać najczęściej, potrzeba specjalnych ustrojów. W warunkach domowych, bo takie, przypomnę, założyliśmy sobie, zastosujemy tak zwane parasolki. Rzeczywiście wyglądają jak parasolki, choć nie mają gałki na końcu rączki i są białe lub srebrne. Ich zaletą jest niska cena, niewielki rozmiar po złożeniu i szybkość instalacji. Wadą nieco słaba kontrola światła. Mimo tego, w terenie używam tylko parasolek właśnie z powodu wymienionych zalet. Skompletujmy sobie obie dla każdej lampy.

Lepszym ustrojem będzie tak zwany softbox — rodzaj ogromnego reflektora z materiału, z matową powierzchnią świecącą. Mogą przyjmować najrozmaitsze kształty i bardzo ładnie kształtują światło. Wadą jest cena i niemobilność. Co prawda, sofbox można składać, ale trwa to długo i zwykle po kilkudziesięciu takich operacjach psuje się. Jeśli mamy jednak miejsce, by go przechować i nieco więcej funduszy — polecam. Opis pozostałych akcesoriów znajdziecie w internecie, a ja nadmienię, że na początek warto sprawić sobie jedną, małą strumienicę. I oczywiście nie można zapomnieć o statywach do lamp.

Na koniec miła wiadomość — ceny wymienionego osprzętu są niskie jak nigdy dotąd, a nawet najtańsze umożliwiają wykonanie świetnych ujęć. Tobie, Wojtku, życzę jak najszybszej realizacji swojego studia, a wszystkich pozdrawiam i do usłyszenia.

Ania robi biżuterię

Napisała do mnie list pewna Ania, która ma bardzo konkretny problem. Otóż Ania wykonuje ręczną biżuterię, zresztą bardzo piękną, i sprzedaje ją przez internet. Klienci oczywiście kupują to, co widzą, zatem każdy niepowtarzalny egzemplarz winien zostać sfotografowany. Do tej pory Ania używała prostego kompaktu z funkcją makro starając się fotografować swoje małe dzieła w słoneczne dni przy oknie. Jednak zdjęcia nie były zbyt efektowne i dalekie od tego, co można zobaczyć na profesjonalnych ujęciach. Ania zdecydowała się zainwestować nieco w sprzęt i wiedzę, które umożliwiłaby podniesienie poziomu fotografii. Prosiła mnie tylko, bym nie przesadzał ze środkami na ową inwestycję.

Co musimy kupić? Przede wszystkim dowolny aparat, w którym można wymieniać obiektywy i który ma tryb pracy podglądu na żywo. Może być to lustrzanka, może któryś z bezlusterkowców z wymienną optyką. Najtańszy model będzie równie dobry jak najdroższy. Do wybranego modelu musi istnieć pierścień, który połączy ów aparat ze standardem mocowania obiektywów zwanym M42. W tym standardzie należy dokupić też tak zwane pierścienie pośrednie, czy też pierścienie do makro oraz któryś z bardzo popularnych i tanich obiektywów serii Industar. Oczywiście można kupić systemowy obiektyw makro, ale będzie to znacznie droższe rozwiązanie, a brak pierścieni ograniczy nieco możliwości dobierania skali odwzorowania.

Zakupów to nie koniec. Potrzebny będzie malutki statyw biurkowy (duży też może być, wtedy będzie stał na podłodze), dwie lampy ciągłe do fotografowania niedużych elementów oraz namiot bezcieniowy. Pod ostatnim pojęciem kryje się składany zgrabnie sześcian z białej tkaniny doskonale rozpraszającej światło. Cały taki zestaw lamp i namiotu z akcesoriami można dziś nabyć za umiarkowaną kwotę.

Teraz opiszę pokrótce sposób postępowania. Rozkładamy namiot, umieszczamy symetrycznie lampy kierując je na jego ścianki, układamy wewnątrz przedmiot, który chcemy sfotografować. Możemy położyć go wprost na tkaninie, często jednak stosuje się chytry zabieg: kładziemy go na podpartej szybce czy kawałku pleksi, by sprawiał wrażenie „unoszenia się w próżni”. Przed namiotem stawiamy nasz aparat. Otwór namiotu przykrywamy tkaniną z zestawu, która posiada rozcięcie, przez które obiektywem można zajrzeć do środka. W trybie live view wszystko, co wewnątrz, widać na wyświetlaczu. Nie musimy wykonywać RAW—ów, jednakże wtedy należy zadbać o prawidłowy balans bieli. Chyba każdy aparat posiada balans ręczny, który należy skalibrować na podstawie zdjęcia pustego namiotu. Zadbajmy również o ustawienie kontrastu i pozostałych nastaw jak również przysłony, której zmiany zaobserwujemy na wyświetlaczu. Oczywiście zabawa RAW—em da nam więcej możliwości, lecz to wymaga czasu.

Zdjęcia, które powstaną, będą poprawne, ale dość neutralne. Aby wydobyć z biżuterii charakter, trzeba będzie nieco nad tym popracować. Metod jest wiele, czy to odpowiedni sposób oświetlenia, czy poprzez wycinanie i rozmieszczanie czarnych, kartonowych przesłon, których cień specyficznie rozkłada się na odbijających powierzchniach. Czasem korzystniejsze będzie ujęcie na czarnym tle. Znajdziemy takie w zestawie namiotu. Temat ten, jak każdy, został dobrze opracowany, a przykłady można znaleźć oczywiście w sieci. Życzę sukcesów i do usłyszenia.

Po co to Pawłowi?

Dziś list od pewnego Pawła z konkretnym pytaniem: po co istnieje korekta ekspozycji, skoro współczesny sprzęt fotograficzny jest tak doskonały? I dlaczego owej korekty podobno tak często się używa, a jeśli to prawda — gdzie i kiedy należy ją wprowadzić? Wydawałoby się, że problem jest prosty: światłomierz to element nieskomplikowany, który dba o to, żeby zdjęcie było nie za ciemne i nie za jasne. Logiczne i oczywiste. Ale zastanówmy się czy takie oczywiste.

Wyobraźmy sobie las: ciemny, mroczny, szczelnie okryty koronami drzew, las z bajek dla mniej grzecznych dzieci. Chcemy ów mrok utrwalić, robimy pstryk i... Aparat nie ma takiej wyobraźni, mrok dlań to ciemno, które jest... zbyt ciemne. Bo ma być przecież w sam raz. Więc tak ustawi nastawy, by zdjęcie naświetlić mocno, zbyt mocno i cała tajemnica zniknie. Las będzie nienaturalnie jasny, blady i zupełnie nie taki, jakim widzieliśmy go.

Inny przykład, z drugiej strony. Spadł śnieg (wiem, że już wszyscy śniegu mają dość), ale załóżmy, że to będzie za rok, w grudniu. Więc spada świeży, piękny śnieg i ten czy ów chce ową biel sfotografować. Biel jasną, aż oczy bolą, jeszcze w słońcu skąpaną. Liczymy na takie właśnie zdjęcie, rażące wręcz widza, a otrzymujemy widoczek nieco szary, żeby nie rzec: ciemny. I znowu mechanizm ten sam: światłomierz zobaczył za dużo światła i wprowadził korekty, by go wpuścić w sam raz. Gdzie przyczyna problemów? Otóż świat nie zawsze bywa w sam raz. Czasem ma być ciemny, czasem jasny. Tylko wiemy to my, ludzie, a nie automat. On chce zawsze w sam raz.

Dlatego właśnie stworzono możliwość ręcznej korekty wskazań światłomierza. Żeby mechanizm ów oszukać. Korekta owa to wygląda prosto: Można nieco wartości dodać lub też odjąć. Wartości owe liczymy w jednostkach zwanych EV i zwykle korekty obejmują po dwie jednostki w każą stronę, w sześciu krokach.

Kiedy należy użyć korekty i w jakiej mocy? Dwa przykłady, chyba najbardziej znane już przedstawiłem. To, co ma być mroczne wymaga korekt ujemnych, to co jasne — dodatnich. Lasy, zacienione miejsca, ale bardzo ważne — bez choćby fragmentu prześwitującego nieba, także widoki, jeśli elementy nie są jasne, a linia horyzontu znajduje się bardzo wysoko — to wszystko wymaga wprowadzenia korekty ujemnej, zwykle około 1EV. Nie ma reguły, ile, w razie potrzeby skorzystajmy z możliwości wykonania kilku ujęć z różną korektą. Znowu wymieniony śnieg, zdjęcia na plaży, krajobrazy z jasnymi elementami, pochmurne dni — tutaj wprowadzamy korektę dodatnią, niewielką w ostatnim przykładzie, większą gdy bieli jest sporo.

Osobnym problemem są silnie kontrastowe sceny, na przykład dominujące cienie z przenikającymi się niewielkimi, acz mocnymi światłami. Takie światła potrafią rozbić równowagę sprawiając, że zdjęcie bądź zrobi się bardzo ciemne, bądź same światła ulegną wypaleniu, a czasem nastąpią dwa zjawiska. Rozwiązanie wtedy nie jest proste i wymaga kompromisu bądź zmiany kadru. Kompromis znowu wymaga użycia zaawansowanych metod pomiaru światła bądź obserwacji histogramu i balansowania w jej takt korektą światłomierza. Ale o tym może innym razem.

Karteczka z Londynu

Witam was dziś z uroczego hoteliku w północno—wschodnim Londynie. Prawdę powiedziawszy, mimo dziwnej pory roku, jestem tu dla zabawy i nasunął mi się pewien temat na nasze rozważania, który dotyczy chyba każdego z nas. Co jakiś czas miewamy wakacje i wtedy właśnie powstaje najwięcej zdjęć. Zwykle, podążając za emocjami, zapełniamy nasze karty widoczkami, nie zastanawiając się głębiej nad koncepcją tej czynności. Przecież lepie mieć więcej niż mniej, część i tak się wyrzuci, a poza tym wszystko jest takie ładne. A potem, rozentuzjazmowani, zapraszamy przyjaciół i fundujemy im prawdziwy sprawdzian tejże przyjaźni, każąc podziwiać tysiące obrazów, z których — to może nieco okrutnie zabrzmi — zwykle nie są jakkolwiek emocjonalnie związani. Owszem, zdarzają się wyjątki. Pokazy górskich wypraw dla miłośników gór nie mają ograniczeń ilościowo — czasowych, ale to właśnie są wyjątki.

Cóż zatem zrobić? Zacisnąć zęby i ograniczyć się. Jakkolwiek. Lecz przede wszystkim stwórzmy koncepcję. Cóż to ona? Jakiś pomysł, by przyciągnąć widza, ale i siebie. Wybór mamy spory. Na początek zastanówmy się, czy miejsce, które odwiedzamy jest naprawdę nieznane, czy też zostało ofotografowane miliardy razy. Taki Londyn do owych miejsc z pewnością należy. Znają go dobrze sympatycy pewnej strony internetowej przedstawiającej fotograficzne nowości. Nie liczmy zatem, że usłyszymy wielkie „wow” pokazując słynnego londyńskiego policjanta.

Cóż, czeka nas zatem niejaki wysiłek intelektualny. Spróbujmy pokazać takie miejsce w sposób nietuzinkowy. Co to oznacza? Wytnijmy z tysięcy przeplatających się tematów jeden. Nie znaczy to, że nie możemy sobie robić prywatnych pamiątek. Karty teraz duże, a baterie ładują się szybko. Ale dla naszych widzów przygotujmy coś innego. A co konkretnie może być tym czymś innym?

No, tego to ja już nie powiem, bo zabiję waszą kreację. Ale dobrze, opowiem o swojej koncepcji. Spodobał mi się ruch. Londyn to miasto milionów ludzi podążających przed siebie. Do pracy, na lunch, do sklepu, do metra, nad Tamizę — tysiące i tysiące ludzi. Piechotą, rowerem, taksówką, autobusem; we wszystkie strony i w każdym miejscu. Więc zacząłem sobie pstrykać ten chaos pozorny. Ale to było za mało, zawęziłem owe ujęcia do zmroku. Kiedy niebo czarne jeszcze nie jest, a do wspomnianego chaosu dołącza taniec świateł. Dobrze mieć stabilizację umożliwiającą naświetlanie w miarę nieporuszonych kadrów przy czasach rzędu jednej dziesiątej sekundy i dłużej. Część ruchu wymaluje nam obrazy i dynamikę. Zdjęcia ożyją. Istnieje ryzyko, iż taka koncepcja nie spodoba się widzom i jestem tego świadomy. Ale to moja koncepcja, a każdy z was może sobie wybrać inną. W odmiennej sytuacji znajdują się szczęśliwcy, którzy odwiedzają naprawdę unikalne miejsca, do tego efektywne widokowo. Nie trzeba nawet szukać oryginalnego punktu widzenia, lecz nie zwalnia to z obowiązku budowy opowieści o miejscu. Prawdę powiedziawszy, pokusa nadmiaru będzie dużo większa i silna wola z pewnością przyda się.

Drugim, a właściwie trzecim etapem, bo drugi to alternatywna obróbka materiału, będzie przygotowanie prezentacji. Zestawienie ujęć w pokaz slajdów, pięć do siedmiu sekund na zdjęcie, nie więcej niż setka, z odpowiednią muzyką — i możemy usłyszeć miłe „wow”. A i satysfakcja z takiej pracy niemała.

Czas pstryknąć jeszcze trochę materiału, bo wieczór się zbliża, a dziś pogoda jest wyjątkowo ciekawa. Zatem do usłyszenia!

Boimy się atoma!

Witam was w tym przykrym czasie dla narodu, który stworzył nowoczesną fotografię, nie tylko cyfrową. Chciałbym dziś zająć się pewną sprawą, dla nas będącą właściwie ciekawostką, ale związaną z jednym aspektów japońskiej tragedii. Otóż, jest taka dziedzina nauki, która wzbudza paniczny lęk. Wykorzystywana bywa zresztą zręcznie do skupiania uwagi mediów i nadzwyczaj często wypaczana w różnoraki sposób. Chodzi, jak już pewnie się domyślacie, o radioaktywność.

Jaki to ma związek z fotografią? Przypuszczalnie niejednemu skojarzy się to z rentgenem, z którym czasem miewamy bliższy kontakt. I poniekąd to prawda, lecz nie to mam na myśli. Jak sądzicie, czy z materiałami promieniotwórczymi, tymi podobno strasznymi, tajemniczymi substancjami, mamy kontakt w zwyczajnym życiu? Zdziwilibyście się, tak bywa, a co istotne, nie jest to wcale straszne. Wielu z was, zbieraczy różnych fotograficznych pamiątek, ma coś takiego, w ogóle o tym nie wiedząc. Tak, to między innymi fotografia skorzystała z dobrodziejstw pierwiastków nietrwałych, choć akurat nie o promieniotwórczość tym razem chodziło, lecz o zwyczajne, a raczej niezwyczajne cechy fizyczne owych pierwiastków.

Świetnej klasy optyka produkowana w latach powojennych, zawierała pewną ilość toru i lantanu. Pierwszy z tych pierwiastków występuje wyłącznie w formie izotopów promieniotwórczych, ale o niewielkiej aktywności. Jego dodanie do szkła zwiększa załamanie światła umożliwiając produkowanie lepszych optycznie układów o dużej jasności. Stosowano go głównie w droższych konstrukcjach, najczęściej w obiektywach kamer filmowych. Dziś jednak można kupić wybrane egzemplarze za niewielkie pieniądze, a typowym przykładem, dość aktywnym, jest znany, jasny Takumar pięćdziesiąt milimetrów, nieco przeceniony optycznie, lecz mechanicznie doskonały. Dziesiątki lat ekspozycji sprawiły, iż część substancji zawartych w powłokach, czy kleje spajające soczewki, zżółkły nieprzyjemnie. Jak wieść niesie, wystawienie obiektywu na światło ultrafioletowe, lub po prostu na słońce, przywraca jego świetność.

Teraz najważniejsze, bo już widzę przerażenie u niektórych słuchaczy: czy jest się czego bać? Absolutnie nie. Nawet gdybyśmy bez przerwy przytulali nasz skarb, dawka promieniowania stanowi marny ułamek całości, na którą składa się promieniowanie kosmiczne, pochodzące z minerałów czy nawet nas samych. A przecież obiektyw leży sobie zwykle osobno, gdzieś w szufladzie. Nie będę podawał parametrów ilościowych, bo to bardziej złożone zjawisko niż mogło by się wydawać (o czym niestety media nie mają zwyczaju pamiętać), aczkolwiek wyjątkowo w tej kwestii efektowne dozymetry potrafią zapiszczeć. Zresztą posłuchajcie. Straszne? Każdy pisk to jeden wychwycony rozpad. Czy to dużo? Odpowiedzcie sobie sami, ja tylko podpowiem: ile może być atomów w takim obiektywie?

Innym pierwiastkiem używanym do uszlachetniania szkła jest lantan. Ma on izotopy nieaktywne, jednak czasem stosowano mieszaninę zawierającą również promieniotwórcze. Zdarzało się to zwykle w radzieckich konstrukcjach. Poziom radiacji ogólnie był jednak niższy niż przy udziale toru. Mniej więcej trzydzieści lat temu zaprzestano stosowania pierwiastków radioaktywnych do produkcji optyki cywilnej. Przesunięto normy. I tak się je przesuwa nadal. Na szczęście nie ma co panikować, gdyż wszystko jest wyjaśnione i ogólnie dostępne. No tak, trzeba jeszcze chcieć się z tym zapoznać. Do usłyszenia!

Kinga kocha kwiaty

No i mamy wiosnę. Jak co roku. Z nieco, dla mnie niezrozumiałych powodów, większość ludzi się z tego cieszy. A przecież zima także jest piękna. Zanim naprawdę świat stanie się zielony, będziemy musieli trochę poczekać. Ale już to każdy chce coś pstryknąć, coś świeżego, a najlepiej przebiśniega, zawilca czy krokusa. Kinga pyta się w liście, dlaczego kwiaty, tak niesamowicie kolorowe, zwykle na zdjęciach wychodzą dość blado, a nierzadko ich odcienie nie przypominają oryginałów.

Proste z pozoru pytanie, lecz wyjątkowo trudna odpowiedź. Zacznijmy od smutnego faktu: kwiaty należą do tych cudów świata, których barw często nie jest w stanie odtworzyć jakiekolwiek medium. Pełen wachlarz kolorów możemy ujrzeć wyłącznie oglądając oryginał. Z jednej strony jest to przykre, z drugiej miłe, bo właśnie na tym ich piękno polega. Lecz nie wszystko stracone. Zawsze możemy, za pomocą pewnych zabiegów, uczynić ich obraz możliwie najlepszym.

Przy fotografowaniu kwiatów natkniemy się na kilka problemów. Pierwszy i nierozwiązywalny to wspomniana niemożliwość rejestracji pewnych, głębokich odcieni, zwłaszcza tych z granic widma — czerwieni, błękitów i fioletów. Cóż, trzeba się z tym pogodzić i wykorzystać pewną właściwość oka. Otóż, czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. W praktyce dobrze naświetlona i obrobiona fotografia może zachwycić paletą barw jeśli oczywiście nie zestawimy jej z oryginałem. Pozostałe problemy damy radę rozwiązać. Jest taka chytra właściwość ludzkiego oka, iż ciemniejsze barwy wydają się intensywniejsze od jasnych. To bardzo ważna obserwacja, albowiem zapewni nam sukces na polu fotografii kwiatowej, a to z powodu niewielkiej świadomości problemu. Tak, nawet profesjonalne publikacje owych ujęć często nie radzą sobie z nim.

Czy zauważyliście, że większość fotografii tulipanów, maków czy róż przedstawia mało subtelne czerwone plamy? Brak struktury, zróżnicowania odcieni, wszystko zamienia się w monochromatyczne kształty. To wina zbyt silnego wysycenia kolorem. W naturze ów kolor aż kłuje w oczy, jednak monitor czy wydruk takich możliwości nie posiada. Zatem pozostaje obniżyć nasycenie, lecz wtedy kolor nieprzyjemnie blednie. Mało tego, może się okazać, że przesycenie, czy też przepalenie, jak określa się to zjawisko, następuje jeszcze podczas naświetlenia zdjęcia i żadnych subtelności nie otrzymamy. Cóż zatem zrobić?

Skorzystajmy z wymienionej wcześniej właściwości oka. Wprowadźmy ujemną korektę światłomierza. Jeśli posiadamy podgląd histogramu, ale na każdym z kanałów, zwróćmy uwagę, by żaden nie dotykał prawej krawędzi. Następnie w programie do obróbki fotografii musimy przywrócić równowagę świateł, ale ustalając kompromis pomiędzy wypaleniem i zanikiem szczegółów na płatkach kwiatu, a resztą ujęcia. Najprościej (choć wymaga to praktyki) będzie, jeśli użyjemy do tego krzywej. Oczywiście są metody bardziej wyrafinowane i dające lepsze rezultaty, ale na ich omawianie tym razem miejsca nie ma.

Wspomniałem jeszcze o zmianie odcieni związanej głównie z balansem bieli. Pamiętajmy, że silne dominanty barwne w kadrze mogą oszukać balans automatyczny. W praktyce znowu najlepiej będzie wprowadzić korekty na oko używając formatu RAW. W tym przypadku użycie wzorca bieli, czyli szarej karty, niekoniecznie może być najbardziej efektownym rozwiązaniem, co jest związane z mechanizmem wcześniej już omówionym.

Fotodziwactwa

Ostatnio na pewnym forum fotograficznym znalazłem nietypowy wątek, zatytułowany „foto dziwactwa”. Oczywiście musiałem zajrzeć do środka i oprócz bardzo różnych, nie raz ciekawych przykładów zdjęć, dostałem także definicję terminu „dziwne zdjęcie”. Prawdę powiedziawszy sam się zdziwiłem, albowiem z obrazu całości wyłaniała się jedna myśl: zdjęcia mają przedstawiać możliwie realny obraz zastanej bądź wykreowanej rzeczywistości. Wszystko, co choćby świadomie lekko fałszowało prawdę, za fotografię nie uchodzi. Co najwyżej za foto dziwactwo.

Zastanówmy się nad sensem takiego myślenia. Może najpierw nad niekonsekwencją. Tak zwane rybie oko, czyli bardzo szeroki obiektyw o charakterystycznym zakrzywieniu, w opinii większości mają pełne prawa do tworzenia fotografii. Obraz tak pisany jest zupełnie nierealny, a jednak zdawałoby się, nikt tego nie neguje. Takich przykładów jest znacznie więcej. Choćby charakterystyczny dla slajdów sposób przenoszenia kontrastu: jest to fałsz, sprowadzający cienie do czerni, a jednak to bardziej wyrównana dynamika budzi kontrowersje. Czyżby tak mocne przyzwyczajenie do tego, czego kiedyś nie sposób było zmienić?

A choćby mała głębia ostrości. Czytelna cieniutka płaszczyzna, reszta niknąca w mazach — a jednak pełne prawa do miana fotografii. Zresztą fotografia czarno—biała, uchodząca za klasykę, na dobrą sprawę nie ma nic wspólnego z realizmem. Mamy więc kanon „dziwactw legalnych” i czerpiąc z niego możemy liczyć na ciepłe przyjęcie naszych zdjęć. Jednak ów zbór jest nieduży. Cokolwiek ponad sprawi, że zdjęcie już wzbudzi kontrowersje, z wykluczeniem do miana bycia zdjęciem w ogóle.

A środków wyrazu spisać nie sposób. Począwszy od nietypowych treści, kadrowania, naświetlania, na obróbce i kolażu skończywszy. Jedno jest wiadome: owych środków jest bardzo wiele. I teraz bardzo ważna rzecz: jeśli wyłączymy strach przed eksploatacją tych terenów, możemy zyskać niesamowitą świeżość w fotograficznym wyrażaniu siebie.

A strach jest wielki. Większość z nas kiedyś z niepokojem pokazała światu jakąś odważną próbę obróbki komputerowej i spotkała się z niesmakiem, nietolerancją i podsumowaniem: to nie jest fotografia. A ja mam pytanie: a musi być? Musi się w ogóle nazywać? A może chcielibyśmy, by nas chwalono, a ten kierunek nie przysporzy pochlebstw? Niestety, to miłe chwalenie wysycha szybciej niż woda na Saharze. Możemy stworzyć i milion ładnych widoczków, dziś już tylko usłyszymy „ładny widoczek” i to wszystko.

Namawiam do foto—grzechu. Bądźmy odważni. Na początek wystarczy robić to, co robiliśmy, z jednym wyjątkiem — skierujmy aparat w inną stronę. Gdzieś mieszkamy, gdzieś pracujemy, gdzieś żyjemy. Możemy o tym opowiedzieć. Nie musimy rozstawiać statywu, możemy włączyć tryb automatyczny i tworzyć sobie dokument codzienności nie zważając na te wszystkie czynniki, o których staraliśmy się dotąd pamiętać. A może jakieś świadome błędy? Fotografowanie cyfrą nic nie kosztuje. Prześwietlimy wszystkie ujęcia jeszcze podczas naświetlania. Albo wydłużmy czas, by stały się nieczytelne wręcz. A w komputerze, ileż to możemy zrobić. Od nietypowej obróbki, przez grafikę, na kolażach czy komiksach skończywszy. Widoczki też można, ale nowego nie bójmy się!

Jubileusz

Witajcie. To już czterdzieste spotkanie, a poza tym wkrótce święta, więc dziś może znowu nieco filozoficznie. Jak to jest z tym fotografowaniem? Obecnie sytuacja jest dość szczególna, bowiem większość czynnych sympatyków fotografii przeszła z epoki analogowej w cyfrową. Takiego romantyzmu następne pokolenia raczej już nie przeżyją. Sprzęt, jeśli tylko cywilizacja nadal będzie się spokojnie rozwijać, dostępny będzie bez ograniczeń i dla każdego. Trochę jak dla nas zegarki, kalkulatory czy inne tego typu dobra. No, może nie do końca dla tych nas, którzy pamiętają czasy komuny, ale tamte ograniczenia nie miały związku z rozwojem technicznym.

Każdy młody człowiek pragnący fotografować po prostu zacznie to robić, a brak kosztów związanych z ilością ujęć nie ograniczy. Cieszmy się zatem z tego, że udało się nam przeżyć czas, gdy wyobraźnia stała się faktem. Tylko w takich warunkach rzeczy, w końcu zwyczajne, sprawiają tyle emocji.

Ale to już było. Już pojawiają się młodzi ludzie nieznający innego medium niż krzemowa matryca. Już nie zachwycają się samym sprzętem więcej, niż każdym innym, który dla nich po prostu istniał zawsze.

Pomówmy jednak o czymś innym. Jak wygląda całe to fotografowanie w przypadku takiego współczesnego sympatyka fotografii? Ponieważ i ja się do takich zaliczam, opowiem swoją historię, a każdy z pewnością znajdzie w niej coś własnego.

Przełom wieków był początkiem fotografii cyfrowej. Olbrzymie ceny za śmieszne, z dzisiejszego punktu widzenia, konstrukcje. Prawie nikt nie traktował takiej fotografii serio, interesowali się tym raczej sympatycy nowych technologii. Sam od dawna myślałem, że dobrze byłoby mieć coś w rodzaju samodzielnej małej kamery z wielokrotnym zapisem obrazu, na kształt istniejących już wtedy dwie dekady kamer VHS. Oczywiście jakość obrazu kamer była wyjątkowo marna, ale i wtedy, i dziś, wiele dałbym za choćby tak marne obrazy, które pozostały mi tylko w pamięci.

Kamery internetowe, malutkie, pojawiły się nieco wcześniej. Wadą ich było to, że nie potrafiły gromadzić obrazów. Jednak sprawiłem sobie taką jedną jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych, służyła do zabaw, ale dzięki niej powstały pamiątki z domowych imprez.

Dziesięć lat temu, za spore pieniądze, kupiłem pierwszy kompakt, Fuji 2400. Wybierałem go przez kilka miesięcy na podstawie rozlicznych testów, oczywiście dostępnych tylko w sieci, bo nie sposób było cokolwiek przetestować w sklepie, czy znaleźć szczęśliwego znajomego mającego już taki model. Była to typowa małpka z ograniczonymi możliwościami, ale wyjątkowo przyjemnym obrazem. Ileż to radości sprawiło. Dziś widzę, że gdyby nie tamten aparat, nie chciałoby mi się odwiedzić wielu miejsc. Dwa lata z Fuji przeprowadziło mnie przez pierwsze etapy fotograficznego neofity, czyli przez pstrykanie wszystkiego.

Następny, świadomie wymarzony był Canon G3. Lustrzanki dopiero pojawiały się, a ich ceny nadal były ogromne. Ten kompakt oferował, jak na swoje czasy, naprawdę dużo; bogate menu i zapis surowych obrazów. Oferował także możliwość zarobienia. Radość z zakupu była ogromna.

Trzeci i chyba już ostatni przełom nastąpił rok później i była to pierwsza, w cudzysłowie, tania lustrzanka — słynny Canon 300D. Znowu wiele radości, ale i zakończenie czasu romantycznego, a początek zwyczajnej fotografii, zawodowej i dla przyjemności. Ale to już inna historia.

Kreacjo, gdzie jesteś?

Zastanawiałem się, o czym by tu napisać. W głowie pustka, czasem człowiek tak ma. Wszystko wydaje się albo nieciekawe, albo wyeksploatowane. No właśnie, bywa tak też, gdy bierzemy aparat w ręce. Coś byśmy chcieli, ale nie wiemy, co. Oczywiście najprościej byłoby odłożyć sprzęt i zająć się czymś innym. Problem zaczyna się, gdy staje się to regułą. Jak wskrzesić w sobie kreację?

Dużo jest sposobów. Pierwszy, który przychodzi do głowy, to znaleźć innych mających ten sam problem. Zapisujemy się zatem na różne kursy, poznajemy inne punkty widzenia. Zgłębiamy tajemnice guru prowadzącego zajęcia. Członkowie grupy, naturalną koleją rzeczy, konkurują ze sobą. Ktoś rzuca świeże spojrzenie na temat i apatia mija.

Drugi pomysł, na który chyba każdy wpadnie, to znalezienie nowych przestrzeni dla fotografii. Pejzażysta zatem pójdzie do studia, makrofotograf założy szeroki kąt, by pstrykać widoczki, a stały bywalec atelier spróbuje street foto. Ważne, by złamać definicję: jeśli zawsze uprawiam jeden rodzaj fotografii, nie znaczy że nie mogę spróbować innego, nawet jeśli wyniki będą marne. Przecież nikt nas nie musi oceniać.

Sposób, który wielu uprawia, to samoograniczenie. Oczywiście niewielu tak wprost to nazwie, bo mało kto lubi przyznawać się do tego, że nie potrafi narzucać sobie ograniczeń samą siłą woli. Zatem, zamiast zobowiązać się do wykonania tylko pięciu ujęć na spacerze, woli zabrać jakąś przedpotopową kartę pamięci, która uniemożliwi wykonanie większej ilości zdjęć. Podobnie z obiektywem: zamiast wytrwać przy jednej ogniskowej zooma, woli przykręcić obiektyw stałoogniskowy.

Ograniczeń może być więcej: tylko zdjęcia czarno—białe, żadnego re—kadrowania w komputerze, żadnej obróbki, wyłącznie filtry fizyczne. Czy to jest dobry sposób? Z jednej strony, takie sztuczne narzucanie sobie zakazów jest trochę śmieszne. Jak powrót do dzieciństwa, gdy chowano przed nami cukierki. Z drugiej jednak strony, jeśli inaczej nie potrafimy, nie jest to zła metoda. Ograniczenie ilościowe bardzo dobrze wpływa na umiejętność wykonywania wysokiego odsetka ujęć poprawnych. Ludzie, którzy pstrykają w tysiącach, tylko niewielki procent ujęć mogą pokazać światu bez wstydu. Podobnie ograniczenie do kadrowania wyrobi w nas doby odruch dbania o piony, kompozycję, proporcje.

Jeśli chodzi o brak obróbki, nie uważam, by to w czymś pomagało. Obróbka automatów aparatów będzie zawsze mniej lub bardziej przypadkowa. My mamy szansę zrobić to lepiej. A stała ogniskowa? Trudno powiedzieć, ale przychodzi mi do głowy jedna rzecz: poruszajmy się w zakresie obiektywów standardowych. Ograniczy nam to dostęp do pewnego rodzaju efekciarstwa bardzo szerokich kątów, jak i wygodnictwa kadrowania silnych tele. Standardowe ogniskowe to klasyka fotografii. Takie zdjęcia najlepiej się ogląda.

Są wreszcie inne sposoby na kreację: kreacja samego sposobu utrwalania zdjęć. Załóżmy filtr ochronny, wysmarujmy go czymś, możemy nalepić na niego jakiś wzorek z ciemnego tworzywa. A może przykręćmy dekielek, w którym wykonamy maleńki otworek — pobawmy się fotografią otworkową. Otworek można powiększyć umieszczając tam przypadkowe soczewki z popsutych ustrojów optycznych. Zadziwiające, jakie cuda może stworzyć taka optyka. Sposobów na nudę jest mnóstwo, trzeba tylko chcieć.

(To już) czas

Czas, taka dziwna wielkość. Na przykład czas, który właśnie istnieje teraz, charakteryzuje się tym, że większość ludzi pracuje. Szczęśliwi to lubią, reszta podchodzi do tego obojętnie, bądź daleka jest od satysfakcji. Albowiem jest środek tygodnia i środek dnia. A ja sobie siedzę na Górze Zębalowej i myślę o czasie. Dość tej filozofii, ale nie odchodźmy od tematu. Jak traktujemy czas w fotografii? Mam na myśli tę pozycję w menu aparatu, którą zwiemy czasem. Większość oddaje panowanie nad tą wartością automatyce. Pilnuje tylko, by nie była zbyt duża, bo grozi to zdjęciem poruszonym, czyli nieostrym, uszkodzonym, nieudanym. Zaawansowani czuwają nad przysłoną dbając o małą bądź dużą głębią ostrości, ale czas?

Czas ma być wystarczająco krótki i tyle. Przyznaję, że sam tak zwykle myślę, bo „zwykłe” kadry nie potrzebują konkretnych wartości czasu. Ale zdarzyło mi się ostatnio użyć czasów konkretnych. A było to w Dreźnie, mieście muzeów baroku i fontann. Tych naliczyłem kilkanaście, a z pewnością nie wszystkie udało mi się zobaczyć. Trochę z nudów, trochę z ciekawości, postanowiłem popstrykać biegające we wszystkie strony strumienie wody. Na początek poszły typowe parametry: czas około jednej dwusetnej sekundy, przysłona najlepszej pracy obiektywu i powstało zdjęcie poprawne, ale nieszczególne. Otóż wszystko było jak gdyby lekko poruszone. Okazało się, że woda pędzi zbyt szybko, by zatrzymać ją w takim czasie.

Przestawiłem czas na długie ekspozycje. Przysłonę należało domknąć, czułość obniżyć, aby zdjęcia nie prześwietlić. Przy jednej szóstej sekundy wszystko zamieniło się w urocze smugi. Ten zabieg dość często stosuje się przy naświetlaniu wody. Dłuższe czasy, uzyskiwane jeszcze przy pomocy filtra szarego, bądź fotografowania wieczorem, dają charakterystyczne „włosy anielskie”. Jest to jednak efekt już dość oklepany. Wymaga także statywu, choć przy czasach rzędu ułamka sekundy wystarczy dobre podparcie.

Postanowiłem jednak spróbować czegoś innego. Najkrótszy czas w moim Penie to jedna dwutysięczna sekundy. Ustawiłem zatem tę wartość, co wymagało otwarcia obiektywu i mocnego podbicia czułości. Zdjęcie było jednak wyjątkowe. Milion kropel zastygło w fantastycznych wzorach, a wszystko stało się tak ostre i wyraźne. By obniżyć czułość, ustawiłem się pod światło. Słońce rozbiło się na tysiące małych błysków różnego kształtu i mocy. Zrobiłem chyba ze setkę ujęć, co rzadko mi się zdarza. Ale warto było, bo takich obrazów na co dzień nie widzimy.

Bardzo krótki czas jak i długi, bywają kreatywne. Ten pierwszy nie jest wciąż wyeksploatowanym elementem ujęć, ten drugi znowu, zwykle sprowadza się do potoczków, bądź nocnych smug świateł samochodów. A gdyby użyć filtra szarego i statywu, moglibyśmy stworzyć ciekawy efekt starych fotografii, które wymagały bardzo długich czasów naświetlania. Nawet sobie nie zdajemy sprawy, ile ruchu jest wokół nas. Zachęcam do eksperymentów.

Czas właśnie mija, czas iść dalej. Do usłyszenia!