Fotografowanie nocnego nieba z pozoru wydaje się rzeczą łatwą. Obecnie aparaty dysponują wystarczającymi możliwościami, by cieszyć się zdjęciami, jakie lata temu były zarezerwowane dla profesjonalistów. Jednak w praktyce pojawiają się problemy. Największym jest pogoda. Noce bezchmurne zdarzają się na tyle rzadko, że nie sposób zaplanować takich wyjazdów z dużym wyprzedzeniem. Dobre warunki do uprawiania astrofotografii zdarzają się późną jesienią i wczesną wiosną, gdy już nie ma śniegu. A nie są to noce ciepłe i towarzyszenie sprzętom przez kilka godzin jest wyzwaniem. Sierpniowa noc, w którą postanowiłem wybrać się w odludzie, nie jest jeszcze porą najlepszą. Prawdziwe, czarne niebo nie utrzymuje się zbyt długo, a warunki pogodowe bardzo rzadko serwują doskonałą widoczność pozbawioną mgły.

Kolejną z trudności jest fakt, iż ziemia się obraca. Rzecz to oczywista, ale zwykle nie zdajemy sobie z niej sprawy. Problem pojawi się podczas długich naświetlań. Przy szerokim kącie już czasy rzędu kilkudziesięciu sekund sprawią, że zamiast ostrych gwiazd ujrzymy malutkie łuczki, przypominające poruszone zdjęcie. Dłuższe ogniskowe to spotęgowanie tego efektu do stopnia tak silnego, że kilkusetmilimetrowe teleobiektywy praktycznie nie będą nadawać się do fotografowania nieba, ponieważ trzeba byłoby wymuszać czasy rzędu ułamków sekund, a jak wiadomo, światło gwiazd nie jest zbyt mocne i obraz nie zarejestruje się.

Rozwiązaniem profesjonalnym jest użycie akcesoriów do montażu paralaktycznego. Aparat jest wtedy prowadzony za ruchem gwiazd i zdjęcia można naświetlać przez czas nieograniczony. Pozostańmy jednak przy prostych środkach, jakim będzie użycie nowoczesnego aparatu, który sprawnie sobie radzi z wysokim iso oraz dobrego softu do obróbki obrazów wykonanych w trudnych warunkach. Zatem użyjmy szerokokątnego obiektywu, na przykład Irixa 15 mm ze światłem F/2.4, ustawmy czułość 800 iso, otwórzmy go do końca i spróbujmy zrobić pierwsze zdjęcie. Nie zapomnijmy o solidnym statywie.

Pierwsza próba nie jest zachęcająca. Widzimy niebo mniej więcej takie, jakie bywa widoczne w dużym mieście, gdzieś poza bezpośrednio oświetlonymi miejscami. Proponuję zatem zwiększyć czułość do 3200 iso.

Można już podziwiać Mleczną Drogę, aczkolwiek uczciwie muszę przyznać, że zdjęcie zostało mocno obrobione w Lightroomie. W astro zdjęciach zwykle będziemy walczyć z szumami i tak właśnie tu jest: trudno zdecydować się jak silnie korzystać z takich narzędzi, zawsze to będzie kompromis między efektem działania, a spadkiem naturalności obrazu.

Kolejne ujęcie Drogi Mlecznej, czyli galaktyki, w której mieszkamy i pierwszy złapany meteor. Czułość obniżona do 1600 iso, za to zdjęcie mocniej rozjaśnione podczas obróbki.

Spójrzmy teraz co się stanie, jeśli wydłużymy czas do pięciu minut. Czułość 1600 iso, zdjęcie jest na tyle mocno naświetlone, że nie trzeba było już rozjaśniać go softem. Jednak zamiast gwiazd mamy tysiące krótkich kreseczek, a właściwie łuków i całość jest dość chaotyczna.

Ciekawie zaczyna się dziać, gdy będziemy naświetlać bardzo długo. Po pół godzinie gwiazdy zarysowały wyraźne, różnokolorowe łuki. Ma to nawet swoją modną nazwę: startrails. Tak długie czasy przepaliłyby zdjęcie, gdybyśmy stosowali dotychczasowe parametry naświetlania. Dlatego tym razem użyjemy najniższej czułości i przysłony F/8

Chcąc ująć możliwie najwięcej gwiazd możemy zderzyć się z problemem świecącego horyzontu. Mimo, że uciekłem możliwie daleko od siedzib ludzkich, po użyciu rybiego oka okazało się, że rejony w pobliżu horyzontu są oświetlone znajdującymi się kilka kilometrów dalej światłami wsi. Nie jest to widziane gołym okiem, ale po półgodzinnej ekspozycji wyraźnie przeszkadza na zdjęciu.

Skoro zabrałem także lustrzaną Tokinę 300 mm, to postanowiłem zrobić pewne doświadczenie. Wiadomą rzeczą jest, że bez prowadzenia aparatu nie zrobimy nieporuszonych zdjęć gwiazd, ale doświadczenie miało za zadanie ukazać ich kolory, których oko nieuzbrojone praktycznie nie dostrzega. Kolor gwiazd zależy od temperatury ich powierzchni, czerwone są najchłodniejsze, a niebieskie najbardziej gorące. Czas naświetlania: minuta, 1600 iso, F/6.3. Trzeba pamiętać, żeby nie przepalić zdjęcia, bo nie zobaczymy kolorów.

A tutaj możemy zobaczyć co znaczy brak dobrego statywu. Genesis C3 służył w tym momencie drugiemu aparatowi, a Tokina z Olympusem skorzystała z taniego, plastikowego statywu marnej jakości. Po dwóch minutach naświetlania widać wyraźnie zarysowane drgania pochodzące od wiatru i kiepskiego spasowania elementów statywu. Na samym końcu, ponieważ wyłączałem migawkę ręcznie, aparat drgnął mocno i narysował wzorek widoczny przy śladzie najjaśniejszej gwiazdy. Czas naświetlania: dwie minuty.

Wróćmy do szerokokątnego Irixa. Bezchmurna noc to nie jest rzecz, która zdarza się codziennie. Jednak przesuwające się z rzadka obłoczki mogą dodać uroku takim zdjęciom. 1600 iso, F/2.4 i 4 sekundy.

Przy czasie 30 sekund obłoki przesunęły się wyraźnie, tworząc zdjęcie o innym charakterze. Reszta parametrów jak poprzednio.

30 sekund, jak wspominałem, da nieco rozmyte zdjęcie gwiazd, ale tym razem w części kadru znajduje się horyzont. Las na pierwszym planie oczywiście da nam nieporuszoną bazę, a lekko rozmyte gwiazdy stworzą iluzję bajkowego nieba, charakterystycznego dla świątecznych widokówek. Światło tła pochodzi od znajdujących się kilka kilometrów dalej zabudowań. 6400 iso, F/2.4

Bardzo często w zdjęciach astro wykonywanych szerokim kątem spotyka się ujęcia pionowe. Dzięki temu nad horyzontem można zmieścić naszą galaktykę, a całość wygląda efektywnie. Warunki jak wcześniej, czas 20 sekund.

Powiększmy poprzednie zdjęcie i przyjrzyjmy się szczegółom. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że gołym okiem, a już znacznie lepiej na takich zdjęciach, widać także inne galaktyki. Na górze znajduje się największa, jaką poza Drogą Mleczną można dostrzec z Ziemi, Galaktyka Andromedy. Na dole zaś, między gałęziami świerku widać wschodzące Plejady, charakterystyczną grupę gwiazd otoczoną mgławicą. Po lewej stronie, nad drugim drzewem świeci Kapella, jedna z najjaśniejszych gwiazd nieba. Do analiz zdjęć jak i samego nieba podczas ich robienia warto korzystać z któregoś z wielu programów astro. Dzięki temu możemy dostrzec zjawiska zmieniające się często na niebie, jak układy planet czy komety.

Poszukiwanie spadających gwiazd to zabawa dla wytrwałych. Zjawisko nie jest takie częste jak zwykło się uważać. Przede wszystkim wielu myli meteory z przelotem sztucznych satelitów, a nawet samolotów. Większość meteorów to zjawiska bardzo słabe, ledwo widoczne gołym okiem, niezostawiające znaczących śladów na zdjęciach. Jednak w okresie maksimum rojów w ciągu kilku godzin jest szansa na sfotografowanie meteorów nie będących fałszywkami, śladów mocnych i wyraźnych. Nauczmy się je rozpoznawać. Do testów wybrałem zdjęcia robione przez 15 sekund z czułością 6400 iso i przy przysłonie F/2.4

Oto typowy ślad samolotu. Ten jest czerwony, bywają żółte i białe. Często jest on modulowany, jak na przykład tutaj, gdzie widać regularne błyski białych świateł na śladzie.

Ślady po sztucznych satelitach. Obiektów takich są tysiące i jeśli ktoś chce mieć stabilne niebo, będą przeszkadzać, ponieważ praktycznie ciągle któryś gdzieś się przesuwa. Rozróżnimy je po tym, że najczęściej ich ślad jest stabilny i nie zmienia jasności, pojawiając się wraz z otwarciem migawki i znikając z jej zamknięciem. Ale nie zawsze, niektóre obiekty obracają się bądź są położone blisko ziemi i wtedy potrafią udawać meteor, rozjaśniając się na chwilę albo zmieniając jasność nieregularnie.

Ciekawy przypadek krzyżowania się dwóch obiektów. Oczywiście w rzeczywistości wcale się nie krzyżowały, tylko znajdowały się na jednej linii względem obserwatora. Teoretycznie obiekt lecący poziomo mógł być meteorem, ponieważ nieregularnie pojaśniał na końcu lotu.

Przypadek dyskusyjny. Może był to meteor, może satelita. Jedyną metodą weryfikacji byłaby obserwacja zjawiska na żywo. Meteory poruszają się znacznie szybciej od satelitów i zwykle widać je tylko przez ułamek sekundy.

A tu jeden z nielicznych Perseidów. Potwierdzony naocznie efektownym rozbłyskiem.

I jeszcze jeden. Przy tak nieregularnych rozbłyskach możemy założyć, że to na pewno jest meteor.

Zwykle po północy przychodzi sen i obserwacje zostają porzucone. Można wtedy włączyć interwałometr, zostawiając aparat na resztę nocy — a może złapie się jakiś wyjątkowo ciekawy bolid? Jednak często bywa tak, że to w drugiej części nocy pojawiają się ciekawe zjawiska. Tutaj na przykład przed wschodem słońca zjawił się Księżyc, oświetlony głównie światłem odbitym od ziemi (to tak zwany „popielaty” Księżyc) i towarzysząca mu wyjątkowo blisko Wenus, planeta najsilniej świecąca na niebie po Słońcu i Księżycu, zwykle wieczorem i rano. To zdjęcie powstało oczywiście długą Tokiną, a czas naświetlania, ze względu na dużą jasność obiektów, wynosił 1/4 sekundy.

Zdjęcia powstały przy pomocy obiektywów Irix 15 mm, Irix 11 mm i aparatów Pentax K1 oraz Nikon D5300, a także obiektywów Meike 6.5 mm, Tokina Reflex 300 mm i aparatu Olympus E-M5

Zapraszam na film, gdzie można obejrzeć także timelaps nocnego nieba.