„Budzikom śmierć” śpiewano kiedyś w każdym radiu kilka razy dziennie. No i umierały sobie niemodne budziki, wymagające codziennej opieki, tykające cichutko albo trochę głośniej. Zastępowane najpierw mrugającymi światełkami z Tajwanu, w końcu zepchnięte w niepamięć apkami smartfonów. Trwało to lata, aż do czasu.

Zaczyna się od odwiedzin miejsc, w których przedmioty otrzymują drugą szansę. Zwykle wyrzucane podczas generalnych porządków, zaniedbane i brudne, jak ten radziecki Witaź, uratowane od wysypiska przez zbieraczy złomu, wystawione na widok sentymentalnych ludzi tracących czas na podróże w przeszłość. Aby stać się posiadaczem takiego cudaka, trzeba zrezygnować z ciastka. Jeśli kogoś stać na dwa ciastka, będzie miał ciastko i budzik.

Potrzeba kilku godzin i niewiele więcej zdolności niż podczas składania klocków lego. Brakującą nóżką podzielił się inny nieszczęśnik, któremu jakiś okrutnik urwał sprężynę i rozbił szkiełko. Stara farba została usunięta i na razie budzik będzie cieszył barwami stali. Oczywiście najwięcej pracy było wewnątrz.

A to już środek po czyszczeniu i smarowaniu. Te wszystkie kółka i blaszki to werk. Na dole mamy balans z delikatną sprężynką zwaną włosem, po prawej wystaje wychwyt — źródło tykania, który pośredniczy między balansem, a widocznym nieco wyżej kołem wychwytowym. Balans pracuje na rubinowym łożysku, na który mówi się kamień. Im więcej kamieni, tym lepszy zegarek. W górnej części widzimy dwie sprężyny napędowe: z prawej od mechanizmu chodu, z lewej — budzenia. W końcu z lewej strony widać młoteczek, który niemiłosiernie się tłucze, gdy trzeba wstać i jest przyczyną ciężkich uszkodzeń większości budzików przez swoich właścicieli. A my już możemy chwalić się opanowaniem nowej terminologii.

Oczko rubinowego koloru to wspomniany wcześniej kamień. Ponieważ balans powinien wytrzymać miliard wahnięć, w lepszych zegarach łożyskowany jest na twardszym od metalowych łożysku rubinowym bądź szafirowym. Tak naprawdę są tam cztery kamienie, po dwa z każdej strony: jeden z otworkiem, w który wchodzi czop, czyli cienkie zakończenie osi balansu i drugi, przykrywający pierwszy, na którym czop się opiera. Dźwignia, przez którą przechodzi włos, umożliwia zmianę szybkości wahnięć balansu, więc gdy budzik spieszy bądź spóźni, można ją obrócić i metodą prób i błędów ustawić prawidłowy chód.

Ten mechanizm nie jest bardzo stary, ma mniej więcej 35 lat. Ale prawdopodobnie był projektowany na krótszy cykl życia i czop balansu jest już mocno wytarty. Stąd nieco przekrzywiona jego oś. Takie zegarki jednak nie mają być urządzeniami używanymi kolejne 35 lat, lecz mają cieszyć okazjonalnym nakręceniem. Jeśli zostanie dobrze zakonserwowany i naoliwiony, będzie żył pewno setki lat. Weźmy pod uwagę fakt, że nie ma tam ani jednej plastikowej części.

A to już inny budzik, zbudowany na bardzo dobrym werku o numerze 5671, aż z jedenastoma kamieniami. Najczęściej występują pod nazwą Sława, Drużba oraz Mir. Produkowano go od lat pięćdziesiątych do dziewięćdziesiątych w ilości wielu milionów. Większość tych budzików pracuje doskonale nadal.

Wschodnioniemiecka Ruhla, dość wczesny model. Niestety pracował tylko kilka godzin i eksplodowała sprężyna chodu, której ktoś na czas nie nasmarował i zajęła się nią rdza. Teraz będzie czekał na dawcę.

Tu dla odmiany włoska Veglia. Może to nie tak urokliwy budzik, lecz zupełnie inna kultura wykonania. Choć to bezkamieniowy zegar, pracuje jak nowy, być może dlatego, że producent przez całe lata zaopatrywał w zegary Fiata, zatem przygotowywał swoje wyroby do pracy w najcięższych warunkach.

Prosty, bezkamieniowy radziecki Sewani, jak to ktoś określił: budzik, który budził proletariuszy do pracy w fabrykach i na roli. Jednak bardzo ładny, przypomina urządzenie montowane w samolotach. Prostota to wyjątkowo głośny chód, właściwie nietolerowany przez współczesnych zasypiających, przyzwyczajonych do bezgłośnych zegarków elektronicznych. Za to dzwonek budzika może obudzić umarłego.

Wszystkie zdjęcia powstały przy pomocy makroobiektywu Tokina 100 mm. Jednak nie wykorzystałem dotąd pełnych możliwości skali odwzorowania, aż do tego ujęcia. To wnętrze zegarka naręcznego Start. Ciekawostką jest fakt, iż przysłona, którą tu ustawiłem, to aż F/64 — niedostępna właściwie w jakimkolwiek obiektywie poza obiektywami makro. Olbrzymia dyfrakcja wymagała sporego ostrzenia, a i tak zdjęcie jest nieco zamglone. Inaczej jednak głębia ostrości nie objęłaby całego kadru.

Tutaj dla odmiany przysłona F/8, ale zdjęcie ma mieć taki charakter. To dla odmiany współczesny, chiński zegarek naręczny napędzany baterią, ale dość urokliwy. Zakupiony za równowartość wspomnianego ciastka jako zalany, naprawiony i używany na bieżąco.

Zabawa w ożywianie niesprawnych zegarów jest bardzo miła. Ich fotografowanie również. Przy okazji można obalić mit niskiej jakości radzieckich zegarków. Niestety w tej dziedzinie Polacy nie mają się czym chwalić. Działające jeszcze Poltiki to już nieliczne egzemplarze, kiepskie materiały dawały im kilkanaście lat życia. Nie były też tak ładne jak zegary radzieckie czy niemieckie. Oczywiście są jeszcze zegary szwajcarskie, ale ich już w cenie ciastek się nie kupi.

Zdjęcia powstały przy pomocy obiektywu Tokina 100 mm i aparatu Nikon D5300. Towarzyszył im statyw Genesis Base C1, głowica BH-34, namiot bezcieniowy Quadralite 60x60 oraz trzy lampy Stroboss 60

Zapraszam na film, z którego dowiemy się także jak sobie radzić z dyfrakcją podczas używania największych przysłon.

Jeśli ktoś chciałby mieć w swoim telefonie dźwięki starych budzików, stąd może pobrać paczkę z ośmioma dzwonkami.