Giewont (1894 m) to dziwna góra. Wykpiwana jednocześnie przez starych wyjadaczy i wymarzona przez tych, którzy pierwszy raz wyruszają w ambitne Tatry. Mam dla tego szczytu szacunek, i ze względu na jego piękno, które może być pierwszym spotkaniem z alpinizmem, i z powodu niebezpieczeństwa, które kryje. Nie można kpić z góry, która pochłonęła wielu lekkomyślnych latem, podczas burz i zimą, gdy pokrywa się lodem. Nie zliczę ile razy już tam byłem, bo lubię tam wchodzić, ale poza sezonem, kiedy jest tam pusto. Tak było i tym razem, bo na wycieczkę wybrałem dzień zimowego przesilenia.

Zanim jednak znajdziemy się na Giewoncie, rzut oka na piękne zjawisko załamania pogody, które pojawiło się dzień później. Z początku bezchmurny poranek zasnuł się lekkimi obłoczkami.

Nie wiadomo skąd na niebie pojawiły się ciemne kłaczki, niczym Dementorzy z Harrego Pottera.

Od zachodu nadciągała ciemna mgła.

Front chmur mieszał ze sobą jasne, pogodne odcienie i ponure ciemności.

Nie minęło pół godziny, a horyzont utonął w ciemnej ścianie chmur. Po chwili pochłonął mnie i skończyło się fotografowanie.

Cofnijmy się jednak o 12 godzin. Na Kondrackiej Przełęczy (1725 m) znalazłem się w chwili zachodu słońca. Odtąd co kilka minut zmieniały się odcienie nieba. W tle Babia Góra (1725 m)

Świnica (2301 m) tonęła w barwach ciepłych...

A Mały Giewont (1728 m) w zimnych.

Z Kondrackiej Kopy (2004 m) startuje samolot.

Widok z Giewontu na Zakopane, zmierzch.

I sam Giewont, ponownie z Kondrackiej Przełęczy. Noc już w pełni.

Zdjęcia powstały przy pomocy obiektywu Tokina 70-200 i aparatu Nikon D810. Towarzyszył im statyw Genesis Base C1 oraz głowica BH-34

Zapraszam na film, z którego dowiemy się jak sobie radzić w górach z teleobiektywem.