Działo się to w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. W czasie wakacji, w starosądeckim kinie „Poprad” powoływano do życia dyskusyjny klub filmowy. Liczył dwóch członków i było to minimum finansujące energię zużytą przez projektor i podświetlony zielony napis: „wyjście”. W zamian przez dwie godziny mogłem rozkoszować się połową niemałej sali i czuć magię kina na wyłączność.

W czasie owym, nie wiedzieć czemu, emitowano już wtedy blisko dwudziestoletnią „Milczącą gwiazdę”. Film niezwykłego kontrastu, mieszający totalną żenadę z ambicjami wysokich lotów. Z nieukrywaną niechęcią pani bileto—portiero—operatorka sprzedała mi oraz mojemu kilkuletniemu rówieśnikowi bilety, po czym nastąpił seans. W połowie filmu anonimowy kolega czmychnął, zostawiając mnie sparaliżowanego strachem na pastwę samotnej ciemności, co nie pozostało bez wpływu na mą psychikę. Ale po kolei.

„Astronauci” Stanisława Lema to pierwsza powieść autora wydana w postaci książki, a nie tylko odcinków drukowanych w gazetach codziennych. Lem, mając przykre doświadczenia z nieudanej próby wydania „Szpitala przemienienia” i ogólnie z cenzurą, postanowił stworzyć powieść ideologicznie zaangażowaną, choć w formie obcą. Gdy zachód przeżywał złote lata science fiction, kraje demoludów czciły głównie robotników przy cegłach i chłopów na traktorach. Powieść odniosła spory sukces, choć było to dzieło średniej klasy. Tandetne elementy, jak na przykład: „W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary. Wiele już lat minęło od upadku ostatniego państwa kapitalistycznego”, należy traktować jak przepustkę do świata słowa drukowanego w najcięższych latach stalinizmu.

W roku 1959 pojawia się film pod zmienionym tytułem. Piszę: pojawia się, ponieważ natężenie ideologii minionego okresu sugeruje, iż powstawał długo. Jeśli książka jest parodią filozofii wczesnych lat pięćdziesiątych, to film jest parodią książki. Postacie są wyjątkowo jednoznaczne, jałowe i monochromatyczne, mimo niezłej, acz bardzo nierównej obsady. Dialogi i scenariusz — poniżej krytyki. Akcja przenosi się w rok 1970 i zaraz na początku możemy usłyszeć, że „jeszcze nie wszędzie nastał komunizm”. Amerykanie wciąż są źli, ale już nie wszyscy. Dobrzy są ci, którzy nie lubią whisky. Reszta świata jednak jest szczęśliwa, a w skład zespołu badawczego wchodzą reprezentanci krajów przodujących raczej w dziedzinach takich, jak bieg na sto metrów. Jakby tego było mało, ktoś koszmarnie pociął film, skracając go do niecałych 90 minut. Akcja jest niespójna, czuć wyraźne dziury przyczynowo-skutkowe. Oryginał reżyserski chyba się nie zachował, nie udało mi się także znaleźć filmu w lepszej jakości.

Zostawmy jednak całą tę mizerię. Jest coś, o czym warto pisać: scenografia i muzyka. Obrazy to awangarda, zarówno wnętrza, jak plenery obcego świata, ekspresyjne, wyraziste. Muzyka, dzieląca narzędzia symfoniczne i elektronikę, jest tym, co najlepsze i warte umieszczenia w historii gatunku. To właśnie muzyka z wyobraźnią autorów scenografii sprawiła, że mój kolega uciekł z kina, a ja przez kilka kolejnych wieczorów musiałem zasypiać przy włączonym świetle.

„Milczącą gwiazdę” należy szanować za coś jeszcze. Było to pierwsze i chyba zarazem ostatnie dzieło socrealistycznego science fiction produkcji polsko-wschodnioniemieckiej, trzymające scenograficzny poziom największych zachodnich produkcji gatunku.

Science fiction spod polskich Tatr. Najprawdopodobniej gdzieś w okolicach Głodówki, gdzie znajdował się filmowy port kosmiczny. Zdjęcia kręcono także w NRD, znajdowała się tam druga połowa portu oraz plenery Wenus.

Lucyna Winnicka miała się ładnie uśmiechać i właściwie to było wszystko. Z roli wywiązała się znakomicie.

Laboratoria — futuryzm i język przekazu całkowicie nieczytelny niewtajemniczonym. Efektywne złożenie krzywych Lissajous i przypadkowych przebiegów na ekranach oscyloskopów, a właściwie ich rzutów, ożywiało stateczny wystrój. Niezawodnie migające lampki dokonywały reszty.

Robot Omega nie tylko wyglądał nieco strasznie, ale chwilami tak się zachowywał. Protoplasta R2D2 oraz Hala 9000, na swój sposób piękny.

Awangarda tamtych lat, a właściwie lat następnych, to wszechobecny owal. Narzucony kształtem lamp kineskopowych używanych w telewizorach — urządzeniach niosących rewolucję kulturową — zdominował wzornictwo przemysłowe na dłuższy czas. Oczywiście tak dużych ekranów nikt wtedy nie produkował, to klasyczna tylna projekcja wcześniej nagranego materiału na owalną matówkę z centrycznymi kręgami.

A tu już obcy świat Wenus. Dużo środków: rzeźby, folia, dymy, podświetlane transparentne tło oraz dość oryginalna technika polegająca na tym, że przed wyświetlanym, nagranym już obrazem, znajdowało się swego rodzaju wąskie akwarium, w które wstrzykiwano kolorowe zawiesiny, błądzące potem tajemniczo po kadrze. Jasny „duszek” z lewej strony jest właśnie takim tworem.

Kolejna scena z dalekiego świata, więcej dymu, więcej folii, dużo kolorowego światła. Błyskawice, podobnie jak poprzednie duszki, zostały dodane w postprodukcji, w rzucie na ekran i są najprawdopodobniej zdjęciami rzeczywistych iskier większych wymiarów oraz synchronizowanych z nimi lamp zaświetlających obraz tła.

Łączenie obrazów w różnych skalach, bardzo często stosowane w filmach s-f ze względu na olbrzymią oszczędność środków. Po prawej stronie widzimy model wymiarów rzeczywistych, po lewej — jakąś gotującą się breję. Przesłona w kształcie elementów wymiarów rzeczywistych łączy oba źródła obrazu rzutowane na ekran, ale dobrze widać jej przebieg. Krawędź, po której stąpają astronauci, miękko przechodzi w obraz z bąbelkami. Dla lepszego efektu obrazy przeskalowane zwalniano, by wyrównać dynamikę ruchów składanych scen. Tu jednak tego nie ma, być może kamera nie miała możliwości pracy z szybkością wyższą od standardowej.

Centrum dowodzenia obcych. Bardzo obce, choć niewątpliwie urokliwe. Wydawało chyba najstraszniejsze odgłosy w całym filmie, pochodzące z generatorów akustycznych zestrojonych w dramatycznie brzmiące „współfale”, bo o akordach trudno mówić, przepuszczanych przez linie opóźniające, będące urządzeniami taśmowymi i różnego rodzaju pogłosami płytowymi oraz sprężynowymi.

I raz jeszcze: tylna projekcja, tym razem dobrze zamaskowana „pasem ziemi niczyjej”, czyli zadymionym, ciemnym tłem. Dzięki temu scenografia wydaje się być monumentalna, a w praktyce mogła być znacznie mniejsza.