Właściwie po co pisać o takich rzeczach? Może trochę dla siebie, żeby się „powarsztatować”. Człowiek w jakiś sposób będzie musiał zaglądnąć tu czy tam i przy okazji czegoś się nauczy. Trochę też z ochoty podzielenia się dobrem. Ktoś zobaczy tę dziwną hybrydę recenzji i technicznej analizy, może sam będzie chciał się przekonać o czym mowa? No i w końcu żeby odpocząć od tego, co się robi, kiedy robi się coś innego. Jeden lubi krzyżówki, drugi w szachy grać...

Niewinnych czarodziejów zobaczyłem w busie na trasie Kraków — Łańcut. Ostatnimi czasy łączę podróże z chodzeniem do kina, wykradając życiu kolejne skrawki czasu. Film leżał już kilka lat i czekał, jak to często bywa z dobrymi rzeczami, które leżą i czekają. Cóż rzec najpierw? Wielu młodych ludzi z ambicjami filmowymi zastanawia się jak zrobić coś nie mając nic. Konkretnie nic w portfelu, bo coś jednak trzeba mieć: aktorów i pomysł. Więc tak się da, a niewinni czarodzieje są tego przykładem.

To nie jest film, który można streścić. Nie miałoby to sensu. To film z gatunku, którego się nie opowiada. Krakus rzekłby: oglądam. I w tym przypadku każdy winien tak rzec. Jego się ogląda. A jak się oglądnie, to nie staje się obejrzany, tylko robi się kilkuletnią przerwę i znowu się go ogląda.

No dobrze, porwałem się na regularne recenzje, a ta miała być pierwszą. Tymczasem próżnia. Mógłbym napisać coś o studium kobiety i mężczyzny, analizie cynizmu, o problemach z wyrażaniem uczuć nowoczesnego mężczyzny i kobiety wyzwolonej, także od naturalnej jej bezpośredniości. I tak dalej. Tylko po co? W sieci znajdziecie tego dużo.

To jest ucieczka. Tego będziemy się trzymać. Ucieczka od bardzo szarego peerelu. Pamiętajmy: rok 1960, Gomułka już się sprawdził, że się nie sprawdził, nadzieja umarła. Kto żyw, niech ucieka. W muzykę, w jazz, wtedy bardzo świeży, bardzo ekscentryczny. W nie do końca racjonalne zachowania. W teatr słów i gestów. W przewartościowanie. Nawet seks został przeceniony. To jest ucieczka po raz pierwszy.

Wajda, tworząc ten film z młodymi geniuszami ekranu, także uciekł. Dokładnie jak bohaterowie. Jestem przekonany, że wszyscy grali tam siebie. Komeda jest nawet Komedą, nikt nie silił się, by mu nadać filmowe imię. Padają głosy, że to sztuczne, że nikt normalny tak się nie zachowuje. Ale to nie jest o normalnych. I to jest ucieczka po raz drugi.

Uciekają też wybrani, oglądając ten obraz dziś. Na odrealnioną ucztę słów, gestów, sensualności niedomkniętej wyobraźnią. Uciekają jak kiedyś, tylko szarość peerelu zamieniła się w kolorową sraczkę współczesności. Uciekają od kakofonii barwnych plam, które musisz, absolutnie musisz, od świtu, w drodze, na miejscu, z powrotem i jeszcze wieczór cały, i przed zaśnięciem, żeby zbudzić cię jutro, jak wczoraj. I to jest trzeci stopień ucieczki.

Czy warto? Jeśli dotrwałeś dotąd, to chyba tak. A jeśli chcesz być tylko snobem, może przekona cię, iż w roku 2014 film ten został uznany przez amerykańskiego reżysera Martina Scorsese za jedno z arcydzieł polskiej kinematografii i został wytypowany do prezentacji w ramach festiwalu Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema.

Film został nakręcony w najbardziej klasycznym formacie epoki, czyli tak zwanym formacie akademii na taśmie 35 mm. Format ten został usystematyzowany na początku lat trzydziestych i wyznaczał standardy właściwie przez pierwszą połowę XX wieku, a później — za sprawą telewizji — do jego końca. W artystycznym bałaganie kawalerki, stanowiącą główną część scenografii, jest idea. Kadr po kadrze, będziemy tam znajdować pasujące do siebie elementy.

Rzeklibyśmy dziś, że główny bohater to hipster. Paradując w szlafroku (wtedy!), goli się elektryczną maszynką, przeglądając równocześnie postępowe czasopisma, a nowoczesne urządzenie — magnetofon — obsługuje stopą. Całkowite zaprzeczenie wizerunku promowanego oficjalnie. Próbowałem zidentyfikować cud techniki drugiego planu, ale nie jest to raczej żadna z pierwszych polskich konstrukcji, jaką mogłaby wtedy być „Melodia” z roku 1958 czy „Piosenka” albo „Wilga” z roku, w którym powstał film.

Trzy gwiazdy: Łomnicki, Cybulski i Warszawa garbus.

Wieloplanowość i wieloplanowe dialogi to rzecz wzięta z teatru, charakterystyczna dla tego okresu. Ten sposób ujęć jest ponadczasowy, acz od trzydziestu lat używany rzadziej, bądź w sposób transparentny. Lata sześćdziesiąte często zestawiały dialog dwóch planów w dwóch wydzielonych scenach świateł, często dopełniających charakter postaci.

Znacie tego pana z lewej? Niewinni czarodzieje to także wspaniała muzyka Komedy, niczym wzięta wprost ze stolic światowego jazzu. Był to swego rodzaju ewenement, byliśmy izolowani od trendów zachodu, pozbawieni dostępu do dobrych instrumentów, nie mówiąc o studiach nagraniowych, a jednak potrafiliśmy wspiąć się na wyżyny gatunku. Muzyka w filmie pod względem technicznym brzmi zaskakująco dobrze, choć słychać w niej charakterystyczną suchość, typową dla polskich nagrań. To samo zresztą dotyczy filmowego dźwięku.

Minęły 54 lata, minęły epoki małego rozkwitu lat siedemdziesiątych, kryzysu dekadę później, chaosu dóbr i możliwości lat dziewięćdziesiątych, dążenia do normalności trwające do dziś i tylko pociąg z drugiego planu nie zmienił się. Tak zwane „kible”, jak zwykle nazywane są elektryczne zespoły trakcyjne serii EN, jeżdżą powszechnie do dziś. Nocne ujęcia wymagały silnego oświetlenia, zwłaszcza dalekich planów. Pociąg skontrowany jest właśnie taką kilowatową lampą dającą konturowe światło. Świecenie wymagało wyobraźni, ponieważ podlegało różnym ograniczeniom. Często jest kreatywne, bierze udział w budowaniu sceny. Dziś można właściwie pracować na świetle zastanym, a jeśli stosuje się doświetlanie, to miękkie, naturalne, ale pozbawione charakteru.

Kobieta to znaczy otwarty obiektyw oraz kontra. Taka była klasyka ujęć, które miały ukazywać piękno i ta klasyka broni się zawsze. Niestety dziś zbyt rzadko się o tym pamięta, zwykle spłaszczając każdy kadr.

Film oferuje poprawne, klasyczne kadry, acz bez fajerwerków. Z samej scenografii widać, że jest to dzieło niewielkiego budżetu więc i precyzji nie ma w nim tyle, co w produkcjach nieliczących się z czasem i metrami taśmy. Jednak wszystko jest tu dobrze zrobione i łechta estetykę widza w stopniu wystarczającym.

Świetnie rozegrana scena kulminacyjna. Nie zdradzając szczegółów, dużo napięcia i wieloznaczności. Nawet pojawiający się nagle chaos tła także temu służy.

Bohema i szaleństwo. Komeda, Cybulski, Polański...