Kto nie był w Pieninach? Wśród podróżników z aparatem niewielu takich znajdziemy. Słynna sosna na Sokolicy jest chyba najczęściej fotografowanym polskim drzewem. Fakt jest taki, że Pieniny są piękne, a przy tym nie są to góry rozległe. W jeden dzień średnio sprawny turysta może zaliczyć wszystkie istotne szczyty głównego masywu, choć będzie musiał wspiąć się ponad pięćset metrów w górę. Z tego powodu w Pieninach zwykle jest tłoczno.

Poza Tatrami Pieniny to jedno z nielicznych miejsc w Polsce obfitujące w przepaści. Kolejnymi turniami prowadzi dostępny dla każdego szklak turystyczny, a punkty widokowe są zabezpieczone barierkami. Kadry wprost wymarzone dla szerokich kątów i z takim zamiarem udałem się tam. Podobnie, jak kilka dni wcześniej, zabrałem ze sobą Canona 5DIII z nowym Samyangiem 12 mm oraz Nikona D5300 z Tokiną 12-28 mm. Główne zadanie — wykonać kilka zdjęć premierowych dla Samyanga, które uzupełniłyby zbiór zdjęć i filmów z Doliny Kamienicy.

Zacznijmy jednak od Nikona i Tokiny. Aby zdobyć Pieniny, najlepiej wybrać się ze Szczawnicy niebieskim szlakiem, przez Sokolicę, na Trzy Korony i zejść potem do Krościenka. Jedną z atrakcji jest przepłynięcie Dunajca takim oto promem. To zdjęcie zrobiłem właśnie Nikonem z założoną Tokiną 12-28. Nikony można równocześnie kochać i nienawidzić. Kolor z tych aparatów jest... dyskusyjny, zwykle bez własnej pracy z RAW-ami bywa marnie. Światłomierz pracuje tak sobie, jak to w lustrzankach, czyli najlepiej od razu ustawić bracketing i to ze sporym skokiem: 1 i 2/3 EV, a jeszcze warto wprowadzić stałą korektę -2/3 EV, bo najczęściej dochodzi do przepaleń. Ale za to dynamika i szczegółowość... cudo!

Żeby otrzymać taką zieleń, trzeba się napracować. Konkurencyjny Olympus dostarcza takich barw od razu, nawet Canon troszkę lepiej radzi. Jednak zdjęcia z tego ostatniego w ciemnych partiach, jak na przykład liście z pierwszego planu po lewej, byłyby zaszumione, a tu — jest idealnie gładko. Nikon robi dziś aparaty, które można spokojnie kierować w stronę słońca i mieć nadal czyste, czytelne szczegóły w cieniach. O ile oczywiście zadbamy o dobry obiektyw z dużą transmisją.

To nie jest inne zdjęcie, to fragment poprzedniego w skali rzeczywistej (jeden piksel matrycy odpowiada jednemu pikselowi monitora). Obraz jest nadal ostry i klarowny. Do niedawna rzecz się nie zdarzała. A rozdzielczość aparatu wynosi aż 24 megapiksele. Widać też, że doskonale sprawdził się tu zoom Tokiny. To obiektyw przygotowany do pracy ze współczesnymi matrycami o wysokiej gęstości.

Trochę z przekory nie zrobiłem zdjęcia słynnej sosny na Sokolicy (747 m). Znajduje się ona tuż za moimi plecami. To oraz następne zdjęcia pochodzą już z Samyanga 12 mm i Canona 5DIII.

Czerteż (774 m). Nowy Samyang doskonale radzi sobie ze światłem. Mimo obecności słońca w kadrze nie sposób znaleźć tu jakąkolwiek flarę, a spadek kontrastu praktycznie nie istnieje.

Raz jeszcze fragment zdjęcia poprzedniego w skali 1:1. Filtr antyaliasingowy w Canonie ogranicza nieco ostrość, ale w niedużym stopniu. Samyang 12 mm natomiast zachowuje się idealnie. Ten obiektyw poradzi sobie nawet ze stumegapiskelowymi matrycami.

Odważne zdjęcie, za które mi się oberwało. Bardzo mocne forsowanie cieni w Canonie wyciąga szumy, co gorsza, układające się w powtarzalne wzory. Oczywiście widać to tylko na dużych powiększeniach, więc jeśli zdjęcie ma być prezentowane w sieci, można się tym nie przejmować. Platforma, którą tu widzimy, znajduje się na najwyższym szczycie Pienin, na Trzech Koronach (982 m)

Koniec lata to okazja spotkania szalonej pogody. Gdzieś tam, nad Czorsztynem, zaczyna się ulewa. Rybie oko pozwala zakrzywiać horyzont w górę bądź w dół. Oczywiście jest możliwość oddania horyzontu zgodnie z rzeczywistością, wystarczy utrzymać oś obiektywu dokładnie w poziomie, ale pokusa nadania zdjęciu szczypty dramatyzmu jest zbyt duża.