To już dziesiąta wersja strony, którą prowadzę od siedemnastu lat. Zaczęło się naiwnie i trwało tak, a obok następowały zmiany. W dwudziestym wieku internet należał do pasjonatów, wyznaczano standardy, kreowano mody, a hobbyści najdziwniejszych namiętności odnajdywali się wzajemnie.

Dziesiąta wersja jest przełomowa. Nie tylko w formie. Ale zamiast deklarować, lepiej po prostu zabrać się do pracy. Powspominajmy jednak chwilę...

Rok 1997. Programem FrontPage Express piszę pierwszą wersję strony. W nagłówku dumnie stoi „charset=windows-1250”, a ja się cieszę, że działa. Wrzucenie tego na serwer trzeba realizować poza domem, bo przecież nie mam jeszcze telefonu. Strona dotyczy tylko muzyki. Mam już Gravisa Ultrasound Max, na którym za pomocą CoolEdit96 i 486/66 realizuję płytę Leszka Jarmuły „Between”. Potem pojawia się Sound Blaster 32, a rok później zdobywam niesamowitą wersję Live. Fotografia czeka na swój czas. Fascynuje mnie skaner Colorado 300D, pierwszy, który oferuje przyzwoitą jakość za nieduże pieniądze. Skanują się archiwa, Aldus PhotoStyler (Photoshop jeszcze się nie liczy na rynku) wysysa krew z kolejnego 486, dysk o niesamowitej pojemności półtora gigabajta (rozliczenie za nagraną płytę), pęka w szwach, trzeba kupić nagrywarkę. Kombinuję, jak ze skanera zrobić aparat wielkoformatowy, lecz nic z tego nie wychodzi. Zdobywam wymarzony rejestrator na dyski magnetooptyczne, Sony MZ-R70 i zaczynam zbierać dźwięki świata. Kiedyś stanie się to modne.

Rok 2000. Mam już kamerę internetową. Próbuję zastąpić namiastkę optyki czymś poważniejszym. Niestety, kabel ma tylko dziesięć metrów, zatem cyfrowa fotografia ogranicza się do miana studyjnej. Rozdzielczość SD jest mitem. Także w przypadku drugiej kamery. Prawdziwe kamery kosztują prawdziwe pieniądze. Słowa „smartfon” nikt nie zna, a ja mam bzika na punkcie małych komputerków. Kupuję Palma IIIC. Z nieznanym znajomym z internetu piszemy spolszczenie dla Palm OS-u i rozdajemy je darmo, czym psujemy interes lokalnemu dystrybutorowi. Powstają zestawy krojów pisma specjalnie do czytania książek. Szaleństwem jest czytać cokolwiek przy rozdzielczości 160x160 pikseli. Wszyscy patrzą dziwnie, jak czytać z komputerka? Jednak kiedyś stanie się to modne.

Rok 2002. Wyrywam sześć kondensatorów i trzy cewki z karty graficznej. Obraz nareszcie staje się ostry. Dzielę się radością, na swojej stronie oczywiście. Poznaję, co to znaczy „trolling”, jeszcze tak nie nazywany. Od roku mam cyfrowy aparat, Fujifilm 2400. Pstrykam namiętnie, wszystko i wszędzie. Łączę zdjęcia w panoramy, jeszcze ręcznie. Mam dużo pikseli, ale mało czasu. Układam doniczki z kwiatami w fantazyjny wzór, powstaje pierwsze zdjęcie 3D. Kiedyś stanie się to modne.

Rok 2003. Zdjęć przybywa. Teraz już z Canona G3. Za rok będę miał pierwszą lustrzankę. A potem dużo innych aparatów, bardzo dużo. Wrzucam zdjęcia na stronę, dzień po dniu, opisuję. Pojawiają się tematy: podróżnicze, historyczne, sprzętowe. Kiedyś będą na to mówić „blog”, kiedyś stanie się to modne.

Rok 2005. Strona dojrzewa. Skanuję kilka starych map, wystawiam. Inni udostępniają własne skany. Po latach stanę się posiadaczem największego zbioru historycznych map Krakowa. Od roku przenosimy na palmtopy współpracujące z GPS-em skany współczesnych map. Mogę chodzić po lesie, nie widzieć drogi, a wiedzieć, gdzie jestem. Fascynujące! Kiedyś powstaną zintegrowane, gotowe urządzenia, kiedyś każdy będzie miał GPS-a w telefonie, kiedyś stanie się to modne.

Rok 2006. Czas na refleksję. Słowa brzmią inaczej, zdjęcia też już inne. Pojawia się dział komercyjny. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że to nie ma sensu, bo liczą się kontakty. Pokazuję więc przykłady zdjęć, prac, opracowań, nawet ofertę fotografii ślubnej. Kiedyś stanie się to modne.

Rok 2008. Powstaje drzewko. I więcej słów, więcej obrazów, więcej wszystkiego. To jest teraz modne...