Według słowników postsynchron to podłożenie dźwięku pod uprzednio nakręcony obraz. Kto się produkcją filmu interesuje, słyszał o postsynchronach, lecz z realizacją bywa gorzej, ponieważ technika należy do bardziej zaawansowanych, droższych i czasochłonnych. Stosuje się ją głównie w profesjonalnym filmie. Czasem umieszcza się elementy wtórne w materiałach nagrywanych „na setkę”, jako uzupełnienie tła bądź efektów. Często używam takich technik, zwykle mieszając dźwięk zastany z wyselekcjonowanym tłem dobrej jakości, nagrywanym w warunkach większego spokoju albo lepszej akustyki. W końcu postanowiłem zrobić postsynchron stuprocentowy.

Jednak nie dialogi są tu bohaterem, a odgłosy. Akurat zapowiadało się nagranie reportażu o twórcy średniowiecznych replik elementów kutych. Rekonesans ukazał wspaniałe bogactwo brzmień. ale niestety brak szans na dobrą realizację dźwiękową materiału na żywo. Pomijając już kiepską akustykę warsztatu, odgłosy mniej szlachetne, jak skrzypiący fotel czy buczenie transformatora, najgorzej było z szumem znajdującej się nieopodal ulicy, którą płynęła nieskończona rzeka samochodów. Dźwięk należało nagrać, a właściwie stworzyć osobno.

Z różnych koncepcji wybraliśmy ukazanie procesu powstawania srebrnego zwieńczenia rogu. Rzeczy takiej nie robi się w jeden dzień, całość zatem podzieliliśmy na cztery etapy. Ponieważ świata dźwięku z założenia nic już nie ograniczało, postanowiłem zrezygnować ze słów i muzyki, kładąc cały ciężar fonii na odgłosy naturalne, które miały zagrać kreatywnie, miejscami wyraziście, z lekkim wyolbrzymieniem. Mało tego, postanowiłem zmienić zasady rządzące dynamiką. Różnica między tłem, a poziomem maksymalnym sięga 70 dB. Taką wartość można usłyszeć praktycznie tylko na wybranych produkcjach w kinie. W warunkach domowych ciężko osiągnąć komfortowe warunki pozwalające na wsłuchanie się w ścieżkę dźwiękową o tak dużej dynamice, do odsłuchu polecam zatem dobre słuchawki.

Do celów reportażu wybrałem nowiutką Tokinę 11-16. Z Blackmagiciem tworzy świetny, szeroki zespół. Jako uzupełnienie zabrałem Tokinę makro 100. Sporą „dziurę” między szesnastoma, a stoma milimetrami, zaakceptowałem świadomie. To dobre ćwiczenie pobudzające do myślenia, polecam czasem zabrać na plan tylko nietypowe ogniskowe.

Jednak chcę się tu skupić głównie na stronie dźwiękowej. Olympus LS-10 niezawodnie radzi sobie z szeroką dynamiką, w ciszy jak i przy szlifierkach. Wybrałem mikrofon Genesis ST-01 oraz ST-04, który jest miniaturowym shotgunem, czyli mikrofonem o bardzo wąskim kącie pracy. Można nim nagrać odgłosy palnika bez ryzyka stopienia samego mikrofonu. Jednak gdy pojawiły się potrzeby nagrywania gorących oparów, postanowiłem zatrudnić elektretową kapsułę ze starego polskiego magnetofonu. Mam ich więcej właśnie na takie cele i w przeciwieństwie do przypadkowych współczesnych kapsułek nieznanego pochodzenia, te brzmią zawsze tak samo dobrze.

Najpierw trzeba roztopić smołę, która na czas kucia zwiąże srebrną blachę z podłożem. Sam początek, a już problemy: jak odtworzyć ten dźwięk? Gotująca się smoła nie jest zbyt przyjazna mikrofonom, znowu nagrywanie z dystansu nie odda bardzo subtelnych bulgotów. Z pomocą przyszedł kisiel gotowany w domowej kuchni, daje on podobne odgłosy przy niższym ryzyku. Trzeba tylko nagrać go w nocy, kiedy za oknem panuje cisza. Tę sekwencję na wszelki wypadek nagrywałem odzyskaną kapsułą mikrofonową z peerelowskiego magnetofonu, dzięki czemu bez obaw umieściłem ją wewnątrz garnka.

To już papierowy rysunek naklejony na blachę umocowaną na desce. W ten sposób powstaje zarys wzoru. Dźwięki uderzeń młotka, o ile były łatwe w realizacji — nagrywałem je na miejscu, by następnie wyselekcjonować, co przy tej dynamice jest proste — o tyle osadzanie ich w materiale jest żmudne. Trzeba idealnie trafić w akcję i nie można czynić żadnych uproszczeń używając jednego czy dwóch sampli. Uderzeń musi być przynajmniej kilkanaście, a do tego muszą być jeszcze przesuwane w bazie i przestrzeni pogłosu, w zależności od ujęcia. Na koniec jeszcze musi być to wszystko odpowiednio skompresowane, zgodnie z założeniem dużej dynamiki całości. Pogłos w tym, jak i w każdym innym fragmencie filmu, jest syntetyczny i pochodzi z efektu VST Omniverb.

Najbardziej żmudny etap dla twórcy: kucie wzoru. Tu także skorzystałem z wcześniej nagranych na miejscu sampli, dbając o to, by poszczególne grupy trafiły we właściwie miejsce. Każdy punktak daje inne brzmienie, czasem wręcz nienaturalnie inne, ale tak właśnie jest.

Blachę należy teraz odkleić od podstawy, a robi się to na gorąco. Nie byłem zadowolony z nagrań palnika użytego w filmie. Okazało się, że lepiej brzmi miks odgłosów ogniska nagrywanego wiele lat temu podczas wakacji nad Rospudąmalutkim palnikiem cukierniczym do creme brulee, przeskalowany oktawę niżej. Czasem częstotliwość próbkowania równa 96 kHz do czegoś praktycznego się przydaje.

To efektowna część filmu za sprawą niezwykłej dynamiki kamery, świetnie radzącej sobie z płomieniami i błyskami. Ten straszny dźwięk to drapanie krawędzią blachy o pilnik do drewna, przefiltrowany i przeskalowany tym razem w górę.

Raz jeszcze pięknie uchwycone wiśniowe żarzenie resztek smoły na srebrnej blasze. Baza dźwięku podąża za źródłem w obrazie, dzięki czemu brzmienie uwiarygadnia się.

Blacha już wycięta, czas na szlifowanie krawędzi. Starałem się upodobnić brzmienie piłowania do oryginału, jednak bez kawałka srebrnej blachy okazało się to być niełatwe. Znaleziony po dłuższej chwili aluminiowy radiator odpowiednich kształtów był na szczęście bliski oryginału.

I ta scena nie jest nagrywana na setkę. Na dźwięk silnika — naturalny, ale nagrywany osobno na jałowym biegu, nałożyłem same fragmenty szlifowania, również lekko przesuwając je w bazie.

Postarzanie srebra. Tę scenę dźwiękowo odtworzyłem w całości w swoim studio: słoik z wodą, jakaś pożyczona blaszana bransoletka, po czym okazało się, że zrobienie dokładnego postsynchronu tak nieregularnych ruchów jest diablo trudne. Powinienem to jeszcze dopracować.

Dzieło gotowe. Dwa tygodnie pracy kowala artysty, około 30 tysięcy RAW-ów do przebrania. ponad 200 plików audio, 39 odtworzonych akcji dźwiękowych z udziałem takich przedmiotów jak suszarka, nożyczki, ręczniki, stare drzwi, łamane chińskie pałeczki, blachy aluminiowemiedziane, topiony grot lutownicy w kieliszku z wodą (zwolniony trzykrotnie) i wiele innych. Nie zawsze jest okazja do angażu takich środków, pochłaniających przede wszystkim czas, ale radości z gotowego materiału — sporo.

Jeszcze jedna ciekawostka: samo osadzenie poszczególnych odgłosów dałoby nienaturalny efekt... właśnie, ciszy przerywanej pracą. Cały czas w tle, na poziomie ok. -70 dB słychać stały, odległy odgłos miasta, który nagrywałem za oknem już u siebie, w centrum Krakowa, grubo przed świtem. Jeśli tylko w pobliżu nie przejeżdża jakiś samochód, taki ambient jest dobrym materiałem wypełniającym tak zwaną „kłopotliwą ciszę filmową”.

Zapraszam na „Ciszę przerywaną pracą”.